30 września 1955 roku zginął w wypadku samochodowym znany amerykański aktor James Dean. Pasja do szybkich samochodów zwyciężyła z talentem aktorskim, ale zawiodła go na cmentarz. W. Kalicki tak wspomina tamten dzień:

James Dean wstaje wcześnie. wkłada zwykłe, jasne, luźne spodnie i biały T-shirt z wycięciem pod szyją. Nie siada do stołu – na śniadanie umówił się w Hollywood ze swoim ojcem i wujem, w którego rodzinie wychowywał się jako młody chłopak. Wychodząc ze swego domu przy Sutton Street 14611 w kalifornijskim Sherman Oaks, wkłada jeszcze miękkie skórzane rękawiczki.

Zaraz po śniadaniu Dean jedzie do firmy Competition Motors. Jej właściciel John von Neuman, z pochodzenia Austriak, jest dawnym kierowcą fabrycznym Porsche. Competition Motors importuje do Stanów sportowe wozy Porsche, sprzedaje je w eleganckim salonie firmowym przy hollywoodzkiej Vine Street, prowadzi ich serwis i doradztwo wyścigowe. W Stanach wzbiera gorączka amatorskich wyścigów samochodowych. Na Zachodnim Wybrzeżu tysiące młodych ludzi ścigają się na niezliczonych wyścigach organizowanych najczęściej na płytach lokalnych lotnisk. Dla bogatych amatorów ścigania się szczytem marzeń są samochody europejskie: mocne, szybkie brytyjskie MG, zachodnioniemieckie Mercedesy i Porsche. John von Neuman wyczuł koniunkturę. Z Europy ściągnął niespełna 30-letniego kierowcę fabrycznego i zarazem mechanika w dziale sportu firmy Porsche Rolfa Wüthericha, by służył on radą i pomocą w startach właścicielom wozów tej marki kupionych w Competition Motors.

Niedawno von Neuman sprowadził z Zachodnich Niemiec 5 ekskluzywnych porsche 550 spyder. To najlepsze na świecie samochody wyścigowe dopuszczone do normalnego ruchu drogowego. Porsche wyprodukowało ich tylko 75 sztuk. Malutki roadster, 2-miejscowy wóz bez dachu, zachwyca aerodynamiczną karoserią z aluminiowych blach osadzoną na ramie zbudowanej ze spawanych rur. Inżynierskim cackiem jest silnik. Jego konstruktor, Ernst Fuhrmann zastosował w nim 4 wałki rozrządu i z chłodzonej powietrzem, 4-cylindrowej jednostki o pojemności 1,5 l wycisnął 140 KM. To wystarcza by, lekki, zaledwie 550-kilogramowy spyder rozpędzał się do 225 km/h. Ten silnik stał się zresztą tematem rozprawy doktorskiej Fuhrmanna.

Jeden z 5 spyderów sprowadzonych przez von Neumana do Stanów jest od 9 dni własnością aktora Jamesa Deana.

Niskiemu chłopakowi w okularach droga z zapadłej prowincji w stanie Indiana na szczyty sławy zajęła raptem 6 lat.

Matka Jamesa Deana zmarła, gdy miał 9 lat. Nigdy niepogodzony z jej śmiercią, emocjonalnie odtrącony przez ojca, nieustannie walczył o akceptację i miłość. Aktorska kariera i sława miały być ich gwarancją. Od dzieciństwa marzył, by stać się gwiazdą ekranu. Do zawodu aktora dążył własną ścieżką. Studia porzucił, gdyż uznał, że akademicka wiedza nie przyda się przed kamerą ani na deskach teatru. Przez 4 lata, najpierw w Hollywood, potem w Nowym Jorku, grywał drobne rólki i przymierał głodem. Ryzykowna metoda uczenia się zawodu aktora niemal od zera poprzez uprawianie go w przypadku Jamesa jednak nie zawiodła. Miał ogromne braki w wykształceniu ogólnym i aktorskim, miał elementarne braki w ogładzie, ale miał też niezwykły talent. Potrafił instynktownie znaleźć niebanalny klucz do granych przez siebie postaci, magnetycznie przyciągał uwagę na scenie i w filmie.

W prywatnym życiu grał bezkompromisowego indywidualistę, wręcz buntownika. Z tego powodu często jego potencjalni pracodawcy wyrzucali go za drzwi. Ale gdy uznał, że to potrzebne, umiał roztoczyć nieodparty czar, któremu nikt nie potrafił się oprzeć. Do sukcesu dążył, nie przebierając w środkach. Nieraz godził się na homoseksualne związki w zamian za utrzymanie oraz za poparcie w karierze; gdy wreszcie osiągnął sukces, od jednego ze swych erotycznych sponsorów, któremu zawdzięczał przetrwanie w aktorskim zawodzie, odwrócił się w nieładnym stylu.

Sława i pieniądze przyszły niespodziewanie. Po mozolnym zdobywaniu doświadczeń i uznania w sztukach realizowanych dla nowojorskiej telewizji wrócił do Hollywood. W zeszłym roku Dean dostał szansę od Elii Kazana, reżysera ekranizacji powieści Johna Steinbecka Na wschód od Edenu. Zagrał w nim Cala Traska, młodego, zbuntowanego człowieka, walczącego o miłość swego ojca. Następne role w filmach Buntownik bez powodu i Olbrzym, zrealizowanych w tym roku, ugruntowały jego sławę buntownika, skłóconego z rodziną i z całym światem. Amerykańska młodzież dostrzegła w nim symbol swego pokolenia.

Dla Deana sukces oznacza koniec z głodowaniem, romanse z najpiękniejszymi aktorkami, kupno prywatnego wierzchowca i szybkie samochody. Hollywood huczy od plotek o jego związkach z hollywoodzkimi ślicznotkami, zwłaszcza Pier Angeli i Ursulą Andress. Za zaliczkę na honorarium za Na wschód od Edenu sprawił sobie czerwony kabriolet MG. W marcu tego roku kupił w Competition Motors porsche speedstera. Swymi samochodami jeździ jak szalony po Hollywood Hills. Wiele razy ryzykował życie swoje i innych, jak wariat pędząc przez skrzyżowania na czerwonych światłach. Przyjaciele dostrzegają w tym skłonność Jamesa do autodestrukcji. Konsekwentną – wcześniej, w czasie chudych miesięcy, ryzykował życiem, szalejąc na motocyklach. Ale Dean ma ambicje i talent kierowcy wyścigowego. Pół roku temu, tuż przed rozpoczęciem zdjęć do Buntownika bez powodu, po raz pierwszy w życiu wystartował na speedsterze w otwartych zawodach na lotnisku w Palm Springs. Ku zaskoczeniu widowni Dean wygrał wyścig dla początkujących, a w klasyfikacji generalnej był drugi. W maju w wyścigu na Minter Field zajął wśród doborowej stawki zawodowych kierowców 3. miejsce. W kolejnych zawodach w Santa Barbara jechał doskonale i tylko przepalony tłok w zbyt słabym silniku speedstera wyeliminował go z walki o miejsce na podium.

Rozeźlony Dean, gdy tylko ujrzał w salonie von Neumana jedno z pięciu nowiutkich porsche spyder, w jednej sekundzie zdecydował się oddać speedstera i z dopłatą wziąć najnowszy, wyczynowy model porsche. Zaprzyjaźnionemu mechanikowi Wütherichowi polecił namalowanie na masce i na burtach spydera numeru 130, a z tyłu nadanej przez siebie nazwy: „Little Bastard” (Mały Bękart).

W warsztatach Competition Motors na Deana czeka już Rolf Wütherich. James zawarł z nim umowę: Wütherich ma być jego prywatnym mechanikiem rajdowym i szykować spydera do wyścigów. Jednak tego dnia ani „Little Bastard”, ani jego kierowca nie są należycie przygotowani do startu. Samochód ma niedotarty silnik, Dean ciągle jeszcze nie czuje swego małego bolidu. To dlatego Wütherich doradził Jamesowi, by niemal 300 mil z Hollywood do Salinas przejechał spyderem, zamiast wieźć go na przyczepie.

Dean zaprosił na wyścig w Salinas tych ze swych przyjaciół, którzy akurat byli w Kaliforni. Teraz przed warsztatami Competition Motors czekają nań jednak tylko kaskader Bill Hickman i znany fotograf Sanford Roth pracujący na planie Olbrzyma. „Little Bastard” grzeje silnik na wolnych obrotach. Po krótkiej rozmowie Dean siada wraz z Wütherichem do spydera, Hickman z Rothem zajmują miejsca w fordzie z przyczepą, na której porsche ma wrócić po wyścigu w Salinas. James bierze rękę Rolfa, unosi ją do góry w geście zwycięstwa i woła: „Hej, my to wygramy!”.

O 14.30 ruszają.

Pierwsze jedzie porsche, za nim ford. Dean wyjeżdża z Hollywood i autostradą nr 99 pędzi na północ, przez Grapevine do doliny San Joaquin. Od początku niemiłosiernie depcze pedał gazu i ford już na starcie zostaje z tyłu. Koło Grapevine jego „Little Bastarda” zatrzymuje patrol policji drogowej. Dean płaci mandat za przekroczenie prędkości, wysłuchuje pouczenia policjanta. Tak naprawdę jednak nic sobie z tego nie robi. Po chwili dalej gna na złamanie karku. Na północ od Bakersfield Dean skręca na drogę do Paso Robles. Po drodze tankuje. W barze przy Blackwell’s Corner James i Rolf zatrzymują się na odpoczynek. Spotykają tam Lance’a Reventlova, znajomego Jamesa, który swym mercedesem 300 także jedzie do Salinas, by wziąć udział w wyścigu. Reventlov i Dean umawiają się na obiad w Paso Robles.

Ford z Hickmanem i Rothem dojeżdża wreszcie do Blackwell’s Corner. Dean przejeżdża przez przełęcz Polonio i gna doliną w stronę Cholame. Droga jest niemal prosta. Jest pusto. Spyder pędzi z prędkością dochodzącą do 160 km/h. Jest 17.45, na horyzoncie widać już Cholame. Porsche zbliża się do skrzyżowania z lokalną drogą 41. Dean dostrzega przed sobą jakiś samochód osobowy, który najwyraźniej szykuje się do skrętu w lewo. Dean woła: „Zobaczył nas! Zatrzymał się!”.

Ale to nieprawda. 23-letni Donald Turnupseed jedzie kilkuletnim fordem tudorem. Jest trzeźwy, słońce ma za plecami, ale mimo to nie dostrzega jadącego z wielką prędkością niskiego, małego szarosrebrnego roadstera. Turnupseed skręca w lewo, w drogę 41. Dean w swoim porsche nie ma szans na skuteczne hamowanie. W ostatniej chwili usiłuje przemknąć przed masywnym przodem forda, ale „Little Bastard” z wielką prędkością uderza lewą przednią częścią w furgonetkę Turnupseeda. Siła uderzenia wyrzuca Rolfa Wüthericha z fotela. Mechanik ląduje kilkanaście metrów od miejsca zderzenia, pod przydrożnym ogrodzeniem. Jest w szoku, połamany, ale żyje. Kierownica spydera przyciska Jamesa Deana do fotela. Potężne uderzenie miażdży delikatne, aluminiowe blachy karoserii, zbiornik paliwa. Dean ma wgniecioną czaszkę na czole, złamane kręgi szyjne, zmiażdżoną klatkę piersiową.

Kwadrans po wypadku zjawia się karetka pogotowia i policja z Cholame, a chwilę później nadjeżdża ford z Hickmanem i Rothem. Hickman zauważa, że z nozdrzy Deana wydobywa się powietrze. Ma nadzieję, że jego 24-letniego przyjaciela uda się uratować. Lekarze w karetce stwierdzają jednak zgon.

Policjanci przesłuchują Turnupseeda. Uznają, że jest niewinny, i nie zatrzymują go.

Wiadomość o śmierci gwiazdora rozchodzi się po Stanach błyskawicznie. Gdy dociera do Hollywood, na galowe przyjęcie związku filmowych charakteryzatorów, goście krzyczą, płaczą, mdleją. Wszyscy ze zgrozą komentują podziękowania Jamesa Deana dla jego charakteryzatora z Warner Brothers umieszczone w programie przyjęcia. Gwiazdor wyciął z fotografii swoje oczy i tylko one widnieją w programie z podpisem: „Wielkie dzięki, Hank”.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

29 września 1938 roku to dzień pertraktacji z Hitlerem odnośnie wkroczenia wojsk niemieckich do Czechosłowacji. Wojna wisiała już na włosku. Oto relacja W. Kalickiego:

Pociąg specjalny z Hitlerem przyjeżdża do Monachium o 6.00. Kilkanaście minut poźniej – ekstrazug marsz. Hermanna Göringa. Od świtu SA-mani dekorują monachijski dworzec i centrum miasta morzem flag hitlerowskich. Po krótkim odpoczynku Hitler jedzie swym pociągiem na spotkanie pociągu Mussoliniego, przybywającego z Rzymu. Spotykają się o 9.24 w Niemczech, na dworcu w Kufsteinie. Hitler wsiada do pociągu Mussoliniego i razem wracają do Monachium. Na dworcu są o 11.00. Tłumy monachijczyków gotują im owacje. Entuzjazm jest szczery – większość Niemców nie chce wojny, w Mussolinim widzi męża opatrznościowego, który ratuje pokój.

Hitler od kilku miesięcy domaga się przyłączenia do Niemiec zachodniej części Czechosłowacji, w której tzw. Niemcy sudeccy stanowią większość ludności. Praga jest osamotniona. Wielka Brytania nie jest gotowa do wojny z Niemcami, Francja zaś za słaba, by samotnie wystąpić w obronie czechosłowackiego sojusznika. Przedwczoraj polski rząd przesłał do Pragi notę z żądaniem przekazania Polsce terenów Zaolzia zamieszkanych przez większość polską. Dziś polska prasa rozpisuje się o krwawych prześladowaniach Polaków w Czechosłowacji i o irytującej zwłoce Pragi z odpowiedzią na żądania Warszawy. Bliskie rządowi gazety przedstawiają żądania Berlina neutralnie, niekiedy wręcz z nutą życzliwości.

Ciężar obłaskawiania Hitlera wziął na siebie premier Wielkiej Brytanii Neville Chamberlain. Latał do Niemiec, wysłuchiwał impertynencji Führera, cierpliwie negocjował. Nie bronił Pragi, bronił pokoju za cenę wymuszenia ustępstw na Czechach. Ale Hitler w ostatniej chwili zwiększył żądania, a prezydent Benes odrzucił je. Hitler odpowiedział ultimatum upływającym wczoraj o 14.00 – albo Czesi przystają na jego dyktat i za parę dni Wehrmacht bez strzału wkroczy do Sudetów, albo wojna. W Niemczech zapowiedziano mobilizację. Świat stanął na krawędzi wojny, ale na 2 godziny i 20 minut przed upływem niemieckiego ultimatum na prośbę Londynu Benito Mussolini zaproponował swoją mediację. Hitler przyjął ją i przesunął mobilizację o 24 godziny. Europa odetchnęła – będą rozmowy. I to błyskawicznie. Hitler zaprosił Mussoliniego oraz premierów Wielkiej Brytanii i Francji na rozmowy do Monachium. Początek dziś o 15.00.

Gdy Hitler wita Mussoliniego, w Monachium ląduje samolot z premierem Francji Eduardem Daladierem. Francuzi jadą z lotniska do hotelu Vier Jahreszeiten (Cztery Pory Roku). Tam w południe Daladierowi składa kurtuazyjną wizytę marsz. Hermann Göring, premier Prus. Premier Chamberlain jest spóźniony. Jego dwusilnikowy lockheed ląduje o 11.57. Chamberlain pospiesznie odświeża się na lotnisku i jedzie prosto do Führerhaus, nowej, oficjalnej rezydencji Hitlera przy Koenigsplatz. Tam o 12.30 zaczyna się oficjalne śniadanie dla uczestników konferencji. Czeski poseł Masaryk wezwany został za zgodą Chamberlaina do Monachium, ale nie ma prawa uczestniczyć w obradach na temat losu swego kraju. Ma czekać w sąsiednim pokoju na wypadek, gdyby potrzebne były jakieś wyjaśnienia strony czeskiej.

Po śniadaniu, krótko przed 14.00, uczestnicy konferencji – Hitler, Chamberlain, Mussolini, Daladier, niemiecki minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop i włoski Galeazzo Ciano, najbliższy, osobisty doradca premiera Chamberlaina sir Horace Wilson oraz sekretarz stanu we francuskim MSZ Alexis Léger – przechodzą do nowocześnie urządzonego salonu na pierwszym piętrze pałacu Führera i zasiadają za dużym okrągłym stołem. Konsternacja – stół jest za niski. Goście Hitlera muszą siedzieć nienaturalnie wyprostowani. Gdy chcą rzucić okiem w dokumenty, muszą dziwacznie garbić się nad blatem albo trzymać kartki papieru w ręku.

Mussolini jest sojusznikiem Hitlera, ale wszyscy udają, że widzą w nim neutralnego, bezinteresownego rozjemcę, obrońcę europejskiego pokoju. Każdy z uczestników krótko przedstawia punkt widzenia swego kraju na kryzys sudecki. Wszyscy opowiadają się przeciwko rozwiązaniom polegającym na użyciu siły. 4 szefowie rządów w atmosferze wzajemnego zrozumienia dyskutują o konieczności odebrania Sudetów Czechosłowacji. Wczoraj wieczorem premier Chamberlain w brytyjskim radiu mówił przecież o absurdzie wojny, która mogłaby wybuchnąć „z powodu kłótni w odległym kraju, między ludźmi, o których nic nie wiemy”. Miłą atmosferę 2 razy zakłóca Hitler, który na wzmiankę o Beneszu wpada w niepohamowaną wściekłość; czeskiego premiera i Czechosłowację w ogóle obrzuca niewyszukanymi inwektywami. Przeciwstawia mu się wtedy Daladier. Niski, krępy premier Francji najwyraźniej nie czuje się dobrze w roli kata dobijającego swego czechosłowackiego sojusznika. Na napaści Hitlera pod adresem Benesa replikuje ostro i stanowczo. Hitler, o dziwo, natychmiast uspokaja się i nie ciągnie awantury. W przerwie na kawę podchodzi do Daladiera i opowiada mu o swoich przeżyciach frontowych z czasów wojny światowej. Chwilę później o francuskim polityku mówi do Mussoliniego z nieukrywaną sympatią: „Mogę się bardzo dobrze porozumieć z Daladierem, był żołnierzem frontowym, jak my, dlatego można z nim gadać rozsądnie”.

Krótko przed 15.00 Mussolini przedkłada zebranym, jak mówi, własną, bezstronną propozycję rozwiązania konfliktu. Jedyny tłumacz na konferencji, Niemiec, dr Paul Schmidt, ma natychmiast przełożyć dokument na angielski i francuski. Schmidt rzuca okiem na tekst i ze zdumieniem orientuje się, że już raz go tłumaczył. Wczoraj w Berlinie, w najcięższym momencie kryzysu, tuż przed ogłoszeniem przez Mussoliniego chęci mediacji w konflikcie, gdy postronnym obserwatorom wydawało się, iż wojna jest nieunikniona, sekretarz stanu w niemieckim MSZ Ernst von Weizsäcker wręczył ten dokument Schmidtowi z poleceniem, by błyskawicznie przetłumaczył go z niemieckiego na francuski, gdyż natychmiast musi otrzymać go ambasador Włoch.

Rzekome włoskie propozycje mediacyjne napisali wczoraj marsz. Göring oraz dyplomaci von Neurath i von Weizsäcker. Schmidt z kamienną twarzą tłumaczy je teraz z powrotem na niemiecki i na angielski.

Krótko po 3.00 uczestnicy konferencji rozjeżdżają się do swoich hoteli na odpoczynek. Spotykają się o 16.30. Los Czechosłowacji tak naprawdę jest przesądzony, szefowie rządów dyskutują już tylko o technicznych szczegółach przejęcia Sudetów przez III Rzeszę. W premierze Chamberlainie nagle odzywa się były minister finansów. Uparcie, kilkakrotnie dopytuje się, czy Berlin wypłaci rządowi czeskiemu odszkodowania za budynki i urządzenia państwowe w Sudetach. Hitler z rosnącą irytacją odpowiada, że nawet nie ma o tym mowy – wedle niego wszystko w Sudetach zbudowane zostało z podatków sudeckich Niemców. Chamberlain nie daje za wygraną. W końcu pyta, czy bydło pasące się w Sudetach ma pozostać na pastwiskach, czy może być przepędzone w głąb Czech. Hitler wpada we wściekłość. „Szkoda naszego czasu, by zajmować się takimi drobiazgami!” – ryczy na całe gardło.

W obrady wkrada się bałagan. Na salę wchodzą ukradkiem Göring, francuski ambasador François Poncet, dyplomaci brytyjscy, włoscy, niemieccy, jacyś doradcy prawni, sekretarze, adiutanci. Tłumacz dr Schmidt przestaje panować nad rozmówcami. Musi przekładać wypowiedzi z jednego z 3 języków – niemieckiego, francuskiego i angielskiego – na 2 pozostałe. Premierzy wpadają sobie w słowo, replikują w pół zdania. Próbując opanować chaos, dr Schmidt grzecznie przerywa dygresje, polemiki i nieoczekiwanie faktycznie przejmuje prowadzenie obrad.

O 21.00 Hitler proponuje kolację, która okazuje się uroczystym bankietem. Chamberlain i Daladier nie mają ochoty świętować rozbioru Czechosłowacji. Wymawiają się koniecznością pilnych telefonów do swoich rządów i wyjeżdżają do hoteli. Przy długim, pustym stole bankietowym siedzi kilkunastu Niemców i Włochów. Hitler i Mussolini snują opowieści kombatanckie.

Po godzinie wracają Anglicy i Francuzi. Eksperci dopracowują tezy rozbiorowej propozycji Mussoliniego, czyli tak naprawdę propozycji niemieckiej, aż do godz. 00.30. Po 12-godzinnym maratonie 4 uczestnicy konferencji monachijskiej zasiadają do podpisania porozumienia. Ale tych 3 kartek maszynopisu podpisać nie mogą – okazuje się, że reprezentacyjny kałamarz Hitlera jest pusty! Adiutant przynosi inny kałamarz i 4 szefowie rządów wreszcie mogą podpisać wyrok na Czechosłowację.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

28 września 480 p.n.e. to data bitwy pod Salaminą, w której mniej liczebna flota grecka odniosła zwycięstwo nad przeważającymi siłami perskimi. Bitwa ta uznawana jest przez historyków za jedną z tych, które zmieniły bieg historii. Kto wie jak wyglądałaby współczesna Europa gdyby Persowie odnieśli zwycięstwo w tzw „wojnach perskich”. W. Kalicki tak oto opisuje przygotowania do tej walnej bitwy:

Lśniące od oliwy brodate twarze wyglądają dziko w płomieniach rzucanych przez wielkie ogniska. Władczy mężczyźni o twarzach spalonych słońcem, pooranych wiatrami z pasją wykrzykują swoje racje. Narada dowódców greckiej floty ciągnie się od paru godzin, północ już blisko, ale końca sporów nie widać. Większość domaga się, by zjednoczona flota greckich państw jak najspieszniej odpłynęła z cieśniny między grecką Attyką a wyspą Salaminą.

Nocna kłótnia dowódców przy ogniskach jest coraz ostrzejsza. Tylko Ateńczycy, dowódcy okrętów z leżącej na lądzie stałym po drugiej stronie Salaminy, Megary i flota Eginy chcą zostać w cieśninie i tu stoczyć z Persami walną bitwę. Za wycofaniem się najgłośniej gardłują wodzowie z państw położonych na południe od Aten. Uważają oni, że stoczenie bitwy morskiej między Salaminą i Pireusem będzie walką w interesie Ateńczyków, że flota powinna odpłynąć na południe, w pobliże Przesmyku Istmijskiego, jedynej drogi lądowej na Peloponez. Zjednoczona armia państw greckich ma bronić przesmyku do upadłego.

Wódz floty Koryntu także domaga się wycofania spod Salaminy. W polemicznym zapale nazywa wodza floty ateńskiej Temistoklesa człowiekiem bez własnego miasta. To podły chwyt. Aten nie dało się ocalić przed Persami. Garstka obrońców, która umocniła się na Akropolu, została wymordowana przez wojowników Kserksesa, zaś Ateńczycy, którzy uszli z miasta, służą teraz we flocie i w armii lądowej na Przesmyku Istmijskim.

Podnosi się mężczyzna w średnim wieku, z krótkimi włosami, o okrągławej twarzy okolonej mocno przystrzyżoną brodą. Temistokles spokojnie odpowiada, że jego miasto jest większe od państwa Koryntu, póki Ateńczycy mają pod stopami pokłady swoich 200 okrętów bojowych, trier. Ateński wódz zapowiada, że jeśli zjednoczona flota odpłynie na południe, jego 200 okrętów porzuci ją, popłynie do Italii, gdzie ich załogi osiedlą się w mieście Siris.

Blady strach pada na naczelnego wodza zjednoczonej greckiej floty Eurybiadesa. On wie, że Temistokles nie rzuca słów na wiatr. A gdyby okręty ateńskie odpłynęły, reszta greckiej floty nie miałaby żadnych szans w starciu z dużo liczniejszą flotą Kserksesa. Eurybiades łagodzi spór, zachęca do pozostania u brzegów Salaminy, ale południowcy dalej chcą odpływać. Wtem Grecy spostrzegają sowę nadlatującą bezgłośnie nad ich okręty. Ptak dolatuje od prawej strony do triery Temistoklesa i siada na maszcie. Sowa jest symbolem Ateny, bogini wojny i zwycięstwa, a nadlatując z prawej strony, zwiastuje nadzwyczajny sukces. W obozie wybucha żywy gwar. Dziesiątki głosów radośnie komentują tak pomyślną wróżbę.

Eurybiades i Temistokles uznają spory za zakończone, Dowódcy rozchodzą się do swych namiotów.

Ale nie wszyscy. Nieprzejednani przeciwnicy bitwy u brzegów Salaminy znów zwołują wiec. Potępieńcze swary wybuchają na nowo. Temistokles widzi, że jeśli sprawy pójdą tak dalej, Greków czeka katastrofalna klęska i zagłada. Na poczekaniu obmyśla piekielną intrygę. Powoli odsuwa się coraz dalej od pierwszego kręgu kłócących się wodzów i znika w ciemnościach. Pędzi do ateńskich namiotów. Tam budzi swego niewolnika, z pochodzenia Persa, i powierza mu wielki sekret: oto on, Temistokles, zrozumiał, że w obliczu zajadłych kłótni w obozie greckim niepodobna pokonać floty Kserksesa. W imieniu Ateńczyków doradza Persom natychmiastowy atak. Sam wraz ze swą flotą w momencie rozpoczęcia walki przejdzie na stronę Kserksesa, w zamian oczekując łaski i dobrego traktowania.

Perski służący nie ma powodu wątpić w słowa Temistoklesa. Nieraz greckie państwa przechodziły na stronę Persów – alboż to Artemizja nie jest zaufaną sojuszniczką i doradczynią Kserksesa? A wrzaski i wzajemne groźby greckich dowódców tej nocy słychać daleko poza obozem.

Służący Temistoklesa cichcem wymyka się z obozu, wsiada do małej łodzi i rusza czym prędzej w stronę stałego lądu. W środku nocy dworacy budzą Kserksesa – przybył zbieg z obozu Greków! Perski władca wysłuchuje go i w mgnieniu oka podejmuje decyzję – cała flota natychmiast, w środku nocy, ma ruszać do boju!

Kserkses nie waha się, bo wie już od szpiegów, że z wyspy Korkyry po drugiej stronie Grecji płynie silne wsparcie dla Eurybiadesa – 60 nowiutkich, świetnie wyposażonych trier. To siła, której lekceważyć nie wolno.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

25 września 1953 roku miało miejsce aresztowanie Prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego. W odosobnionych miejscach internowania przesiedział ponad 3 lata, a na wolność wyszedł 28 października 1956 roku, jako jeden z ostatnich więźniów stalinizmu. W. Kalicki przypomina dziś te wydarzenia:

O 7.00 prymas Polski kard. Stefan Wyszyński odprawia mszę dla alumnów seminarium duchownego. Potem wraz z księżmi profesorami idzie na akademię inaugurującą nowy rok nauki w warszawskim seminarium. Po obiedzie prymas przez 2 godziny pracuje nad kazaniem ku czci patrona Warszawy bł. Władysława z Gielniowa. Ma je wygłosić wieczorem w kościele św. Anny.

Prymas jest spokojny, jak zwykle skrupulatnie wykonuje swe obowiązki, ale spodziewa się najgorszego. Przed 3 dniami zakończył się pokazowy proces bp. Czesława Kaczmarka, którego skazano na 12 lat więzienia. Wczoraj prymasa odwiedził Bolesław Piasecki, szef PAX-u, współpracujący z komunistycznymi władzami, nieformalnie pośredniczący między komunistami i Kościołem. Doradzał potępienie skazanego biskupa. Kard. Wyszyński wysłał jednak protest z powodu procesu. Dzisiejsza „Trybuna Ludu” przynosi kolejny atak na bp. Kaczmarka, którego oskarża o płatne w dolarach szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych.

Wieczorem do Bolesława Piaseckiego dzwoni dyrektor Departamentu Politycznego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Luna Brystygierowa. Zapowiada, że jeszcze dziś zdarzy się coś bardzo ważnego. Piasecki zawiadamia swych politycznych zauszników z PAX-u i razem czekają przy telefonie na dalsze wieści.

Prymas przechodzi z rezydencji na Miodowej do kościoła św. Anny. Kazanie wygłasza w przepełnionej świątyni. Panuje niezwyczajna cisza, czuje się napięcie. Prymas błogosławi zgromadzonych relikwiami św. Władysława. Gdy wychodzi z kościoła, drogę zastępują mu wierni. Prymas mówi do nich:

 – Znacie obraz Michała Anioła Sąd Ostateczny. Anioł Boży wyciąga człowieka z przepaści na różańcu. Mówcie za mnie różaniec.

Kardynał przechodzi do mieszkania ks. rektora Kamińskiego na kolację. Na Miodową wraca o 21.30. Przed kościołem św. Anny ciągle stoją wierni. Jedni wznoszą okrzyki, inni ich uciszają. W rezydencji na Miodowej prymas idzie do swoich pokoi, kładzie się do łóżka. Światła gasną.

O 22.00 do drzwi kard. Wyszyńskiego puka ks. Goździewicz z prymasowskiego sekretariatu. Mówi, że przyszli jacyś ludzie z listem od ministra Antoniego Bidy do bp. Baraniaka i żądają otwarcia bramy. Prymas dziwi się – listy od ministra przekazywane są zawsze do sekretarza Episkopatu bp. Choromańskiego. Ks. Wyszyński czuje, że to nie pomyłka, lecz coś o wiele poważniejszego. Natychmiast wstaje, ubiera się. Poleca zapalić wszystkie światła w Pałacu Prymasowskim, by Warszawie dać znak, że władze przyszły po niego. Oświetlenie pałacu w chwili zagrożenia zadysponował współpracownikom jeszcze wczoraj.

Z dołu dochodzą hałasy. Kard. Wyszyński schodzi na parter i poleca otworzyć bramę. Chwilę potem wchodzi bp Baraniak otoczony przez grupkę oficerów bezpieczeństwa w cywilu i tłumaczy, że musiał ich wpuścić – grozili, że będą strzelać.

 – A szkoda, wiedzielibyśmy, że to napad, a tak to nie wiemy, co sądzić o tym nocnym najściu – mówi prymas.

Jeden z przybyłych odpowiada, że przyszli w sprawie urzędowej, i dziwi się, że nikt nie otworzył im bramy. Kardynał replikuje, że bramy otwarte są w godzinach urzędowania, a te dawno minęły. Oficer na to, że państwo ma prawo zwrócić się do obywateli, kiedy chce. Prymas z zimną krwią odpiera: także państwo ma obowiązek przyzwoitego zachowywania się wobec obywateli.

Kardynał wychodzi na dziedziniec, by odszukać dozorcę Cabanka. Ubecy wychodzą za nim. Pies Baca rzuca się na jednego z nich i gryzie go do krwi. Prymas wraca do przedsionka. S. Maksencja przynosi jodynę. Prymas osobiście opatruje ranę funkcjonariuszowi i uspokaja go, że pies nie jest wściekły. Potem ks. Wyszyński przechodzi do Sali Papieży. Oficerowie wprowadzają tam bp. Baraniaka. Jeden z funkcjonariuszy znów zgłasza pretensje, że nie wpuszczono ich. Prymas cierpliwie wyjaśnia, że ciągle jeszcze nie wie, czy ma przed sobą przedstawicieli władzy czy jakichś napastników. Szef XI Departamentu MBP płk Karol Więckowski zdejmuje palto, wyjmuje z teczki list, odpieczętowuje go i wręcza kard. Wyszyńskiemu. Jest to decyzja prezydium rządu – prymas ma być natychmiast usunięty z miasta i internowany w wyznaczonym przez władze klasztorze. Nie wolno mu sprawować żadnych czynności związanych z jego funkcjami kapłańskimi.

Płk Więckowski prosi, by prymas odnotował na piśmie, że przyjął ją do wiadomości. Prymas odmawia. Wyjaśnia, że nie widzi podstaw prawnych do takiej decyzji, przypomina, że spotykał się z prezydentem Bierutem i odpowiedzialnym w partii za politykę wyznaniową Franciszkiem Mazurem i mieli oni dość sposobności, by przekazać swoje pretensje.

Pułkownik prosi, by prymas chociaż podpisał list na znak, że go czytał. Ks. Wyszyński pisze: „Powyższe przeczytałem”, i składa podpis.

Prymas idzie teraz na górę, do prywatnych apartamentów. Za nim podąża kilku oficerów. Płk Więckowski pyta, jakie rzeczy osobiste ks. Wyszyński każe sobie zapakować. Prymas odpowiada, że niczego mu nie potrzeba.

 – Jak to nie potrzeba? Nie rozumiem – dziwi się pułkownik.

 – To nic nie szkodzi, że pan nie rozumie, wystarczy, że ja rozumiem – ucina kardynał. Po chwili dodaje: – Przyszedłem tu z pustymi rękami i tak odejdę.

Przychodzi s. Maksencja i z dobrego serca prosi prymasa, by wziął choć rzeczy najpotrzebniejsze. Ks. Wyszyński odpowiada:

 – Siostra składała ślub ubóstwa i wie, co to znaczy. – Po czym zwraca się do stojącego pod ścianą por. Opary: – Ja mówię panom zupełnie szczerze, że nie mam do was pretensji, przecież wszyscy jesteśmy Polakami.

Porucznik zakłopotany kaszle i zaczyna spacerować pod ścianą. Funkcjonariusze są zdenerwowani. Jeden z nich bierze walizę i wchodzi do sypialni prymasa. Ks. Wyszyński pozostaje w swym gabinecie.

Ubecy przyprowadzają bp. Baraniaka. Pytają prymasa, kto jest tu gospodarzem. Odpowiada, że podczas jego nieobecności zawsze bp Baraniak. Kard. Wyszyński korzysta z okazji i oświadcza biskupowi w obecności tajniaków, że wszystko, czego jest świadkiem, uważa za gwałt. Prosi biskupa, by nikt nie organizował mu obrony, nie szukał adwokatów. W razie procesu będzie się bronił sam.

W gabinecie ks. Wyszyński porządkuje książki, zbiera z biurka papiery i wkłada do szafy. Zauważa kilka prymasowskich dokumentów złożonych wcześniej na biurku przez sekretarza. Podpisuje je.

Wychodząc, zabiera brewiarz i różaniec. W przejściu s. Maksencja podaje mu palto i kapelusz. Prymas nie zauważa, że palto nie jest jego. To pamiątka po zamordowanym przez hitlerowców w Dachau bp. Michale Kozalu.

Prymas skręca jeszcze do kaplicy. Drogę zastępuje mu płk Paszkowski, ale płk Więckowski zezwala:

 – Na chwilę można.

Po chwili oficerowie sprowadzają go na dół. Na progu prymas jeszcze raz protestuje przeciw gwałtowi i wychodzi na dziedziniec. Tuż przed drzwiami czeka osobowy samochód z zachlapanymi błotem szybami. Wraz z prymasem wsiada do niego 3 oficerów. Jest już po północy, gdy samochód wyjeżdża z bramy rezydencji prymasowskiej. Na Miodowej otacza go 6 samochodów wypełnionych tajniakami. Kawalkada przejeżdża koło pałacu Mostowskich i skręca w nowo wybudowaną Trasę W-Z, potem pędzi przez most Śląsko-Dąbrowski na wschód ku Jabłonnie.

Bolesław Piasecki nadaremnie, aż do świtu, czeka na wieści. Nikt z Urzędu Bezpieczeństwa nie dzwoni.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

Psychologowie definiują tzw. „syndrom sztokholmski”, jako przypadek, w którym ofiara utożsamia się ze swoimi porywaczami i wręcz im pomaga. Czy amerykańska aktorka Patricia Campbell Hearst była ofiarą syndromu sztokholmskiego? Jej sprawą żyła cała Ameryka przez 2 lata a 24 września 1976 roku zakończył się jej proces. W. Kalicki tak relacjonuje przebieg wypadków:

W Sali Ceremonialnej budynku federalnego w San Francisco są 183 miejsca. W styczniu tego roku, gdy rozpoczynał się proces, ponad 400 dziennikarzy walczyło o 111 krzeseł przeznaczonych dla sprawozdawców. Władze wydały także 66 kart wstępu dla publiczności. 6 miejsc w 1. rzędzie zarezerwowano dla najbliższej rodziny oskarżonej.

Dziś, w ostatnim dniu procesu, do sali wtłoczyło się ponad 250 osób; władze sądowe ugięły się i wydały dodatkowe karty wstępu dla reporterów.

W 1. rzędzie, naprzeciw fotela sędziego, siedzą rodzice oskarżonej i jej 4 siostry. Ojciec Randolph A. Hearst jest spadkobiercą prasowego imperium miliardera Williama Randolpha Hearsta sr. W 1898 roku Hearst sr za pomocą swych gazet sprowokował wybuch wojny Stanów Zjednoczonych z Hiszpanią – skończyło się ona zwycięstwem Stanów i objęciem przez nie władzy na Filipinach, Puerto Rico oraz uzyskaniem niepodległości przez Kubę. Wpływy i majątek Williama A. Hearsta nie mogą się równać z osiągnięciami ojca, ale ciągle zaliczany jest do 10 tys. najbogatszych Amerykanów, a perłami w jego prasowym imperium pozostają bardzo popularne „Cosmopolitan” i „Harpers Bazaar”.

Urzędnik sądowy w marynarce w drobną pepitkę wprowadza na salę oskarżoną – Patricię Campbell Hearst. 22-letnia podsądna jest wychudzona, waży zaledwie 40 kg. Ciemnozielona suknia wisi na niej jak na wieszaku. Patricia ma ściągniętą, zmęczoną twarz, ale wyraźnie jest w nie najgorszym nastroju.

Jej epopeja, którą pasjonuje się cała Ameryka, zaczęła się 4 lutego 1974 roku. Do apartamentu w Berkeley wpadło 2 czarnoskórych mężczyzn i kobieta. Uzbrojeni napastnicy pobili kolbą pistoletu maszynowego 26-letniego doktoranta filozofii na Berkeley Stevena Weeda i uprowadzili okrytą jedynie płaszczem kąpielowym, krzyczącą wniebogłosy jego przyjaciółkę Patricię Hearst. Porwaną wrzucili do bagażnika samochodu i uciekli.

8 dni później kidnaperzy przesłali ojcu porwanej wstępny warunek rozpoczęcia negocjacji – miał rozdać biednym mieszkańcom Kalifornii żywność o wartości 400 mln dolarów. Szef porywaczy o pseudonimie „Cinque”, tytułujący się wielkim marszałkiem polnym Symbionese Liberation Army (Symbionicznej Armii Wyzwolenia), w nagraniu na taśmie magnetofonowej zagroził, że jeśli żywność nie zostanie rozdana, Patricia umrze.

Pospieszne śledztwo FBI zaczęło ujawniać tajemnice nikomu nieznanej dotychczas SLA. Wylęgła się w stanowym więzieniu w Vacaville w Kaliforni, w którym władze penitencjarne zezwoliły na powstanie Kulturalnego Stowarzyszenia Czarnych. Zamiast się wzajem reedukować, czarni więźniowie palili haszysz przemycany przez instruktorów więziennych, czytali Czerwoną książeczkę Mao Tse-tunga i planowali miejską wojnę przeciw amerykańskiemu establishmentowi. Na wolności SLA liczyła raptem 2 tuziny dziwaków i wykolejeńców. Program podziemnej armii przewidywał wywłaszczenie kapitalistów, likwidację więzień oraz „zniszczenie rasizmu, seksualizmu, kapitalizmu, faszyzmu, indywidualizmu, własności i konkurencji”. Jej herszt, czarnoskóry, niezrównoważony psychicznie brutal i gwałciciel Donald DeFreeze, miał za sobą 3 odsiadki za produkowanie bomb i napady z bronią w ręku. To on brał udział w porwaniu Patricii Hearst.

DeFreeze zawsze chętnie otaczał się kobietami z problemami. Nancy Perry po anglistyce badała pobudzanie świadomości narkotykami, potem zatrudniła się jako kelnerka topless i wreszcie stała się wywiadowcą SLA. Patrycja Sołtysik rzuciła studia w Berkeley dla kariery w ruchu feministycznym. W końcu została kochanką Kamili Hall, parkingowej, uważającej się za poetkę. W SLA obie awansowały do przybocznych marszałka polnego Cinque. Do 9-osobowego oddziału uderzeniowego SLA, do którego należało 3 porywaczy panny Hearst, FBI zaliczyło także Thero Wheelera, przestępcę z 2 udanymi ucieczkami z więzień na koncie, i Williama Wolfe’a, wykolejonego syna dobrze prosperującego lekarza z Pensylwanii. Porwanie nie było pierwszą akcją SLA. W listopadzie 1973 roku 2 podkomendni Cinque zamordowali Marcusa Fostera, czarnoskórego superintendenta szkół w Oakland. Strzelali do niego pociskami zatrutymi cyjankiem potasu.

Randolph A. Hearst, choć bardzo bogaty, nie jest miliarderem. Rozdanie 6 mln mieszkańców Kalifornii paczek żywnościowych wartości 70 dolarów każda, czego żądała SLA, jako pokuty za kierowanie przezeń „faszystowskim imperium informacyjnym”, było poza zasięgiem możliwości finansowych ojca Patrycji. Jego odpowiedzią była akcja rozdawnictwa potrzebującym paczek z żywnością o łącznej wartości 2 mln dolarów. Akcja szybko przekształciła się w farsę. Kilku kalifornijskich biedaków, potencjalnych odbiorców paczek, ostentacyjnie przesłało ojcu porwanej czeki o wartości 70 dolarów jako znak solidarności. Edward Peet, przewodniczący liczącej milion członków organizacji kalifornijskich emerytów, złożył prasie oświadczenie: „Wolimy być głodni, niż przyjmować żywność za cenę terroru”. Rozdawnictwo paczek zakończyło się skandalem. W East Oakland oczekujący od nocy chętni zaatakowali nadjeżdżające ciężarówki z paczkami. Doszło do szarpaniny z rozdającymi paczki, interweniowała policja.

W innych punktach paczki rozdano w miarę sprawnie. Ostatecznie Hearst wydał na ten cel 7 mln dolarów. Mimo to SLA nie uwolniła Patricii. Porywacze przez 57 dni trzymali ją ze związanymi rękami i z przepaską na oczach w obitej kocami szafie. Jej podłoga miała rozmiary 2 m na 60 cm. W tym czasie wielokrotnie gwałcili ją, pozorowali egzekucję i wygłaszali ideologiczne tyrady. W końcu dziewczyna uległa terrorowi i praniu mózgu. Radio w Berkeley otrzymało taśmę z nagraniem, w którym Patricia oznajmia rodzicom, że przyłączyła się do armii feldmarszałka Cinque, a ich samych nazywa świniami. Jedna z kalifornijskich gazet zaś otrzymała fotografię panny Hearst w rewolucyjnym berecie na głowie, z pistoletem maszynowym z rękach – a wszystko na tle logo SLA, dziwacznie poskręcanej, 7-głowej kobry. Wątpliwości co do autentyczności nagrania i zdjęcia rozwiał w kwietniu 1974 roku napad na Hibernia Bank w dzielnicy Zachodzącego Słońca w San Francisco. Dowodzący nim DeFreeze rozbroił strażnika przy wejściu i kazał wszystkim klientom i obsłudze położyć się na podłodze. Patty Hearst i Kamila Hall wzięły sterroryzowanych na celowniki swoich automatów, po czym Patty Hearst i Patrycja Sołtysik odebrały kasjerom klucze, otworzyły kasy i zrabowały 10 960 dolarów. Wszystko nagrały kamery filmowe, przytomnie uruchomione przez menedżera banku. Napastnicy nie ukrywali tożsamości panny Hearst. Jedna z napastniczek, wskazując ją, zawołała do leżących na podłodze: „To jest Tania Hearst!”. Rewolucyjne imię Tania nadano w SLA nawróconej na rewolucję porwanej na cześć jednej z podwładnych Che Guevary (niedouczeni gorliwcy z SLA nie mieli pojęcia, że prawdziwa Tania, Tamara Bunke, była agentką enerdowskiej Stasi). Na koniec feldmarszałek Cinque bez powodu ostrzelał przechodniów na ulicy i ciężko zranił w brzuch dwoje z nich.

Potem były jeszcze liczne napady z bronią w ręku i niekończąca się, wielomiesięczna obława, prowadzona przez ponad 300 agentów FBI. W maju zeszłego roku FBI zaatakowało domek na południowych przedmieściach Los Angeles. Marszałek polny Cinque i jego 5 najwierniejszych pretorianów zostało zabitych. We wrześniu, po 19 miesiącach od porwania Patricii, agent FBI i policjant weszli do mieszkania przy Morse Street 625. Patricia Hearst, stojąca na środku pokoju, krzyknęła: „Nie strzelać! Idę z wami!”. W pokoju policja znalazła 6 rewolwerów i 2 strzelby śrutowe.

Oskarżenie obejmuje zarzuty rabunku z bronią w ręku i używania broni palnej do popełnienia innych, ciężkich przestępstw federalnych. Obrona pod wodzą mecenasa F. Lee Baileya od początku procesu stara się udowodnić, że Patricia Hearst padła ofiarą porwania i prania mózgu. Uciec zaś nie mogła, bo uzbrojeni prześladowcy nieustannie mieli ją na oku. Prokurator James F. Browning ma jednak w ręku mocne argumenty. Różni świadkowie zeznali, że panna Hearst wielokrotnie znajdowała się poza kontrolą kompanionów z SLA; była wtedy uzbrojona i mogła bez trudu zbiec. Na początku napadu na Hibernia Bank wypadł jej na ulicy magazynek od karabinu M1. Podniosła go i spóźniona, weszła do banku. Niejednokrotnie brała udział w aktach przemocy, np. w porwaniu należącego do Franka Suttera samochodu, działając bezwzględnie, wyraźnie z własnej inicjatywy.

Celem ustalenia stanu jej świadomości podczas przebywania w SLA sędzia Oliver Carter nakazał przeprowadzenie wielomiesięcznych badań psychiatrycznych. Nie wypadły one po myśli obrony. Sędzia Carter wstępnie orzekł, że oskarżona będzie podlegać karze do 35 lat więzienia. Oczywiście to teoria. Wszyscy, nie wyłączając oskarżenia, spodziewają się wyroku 6 lat. Komentatorzy prawni są zdania, że sędzia zastosuje tzw. Ustawę o młodocianych przestępcach, która przewiduje, że podsądni w wieku do 26 lat mogą otrzymać wyroki nie wyższe niż 6 lat więzienia i – co ważne – mogą starać się o zwolnienie warunkowe już nazajutrz po skazaniu.

Ostateczny wyrok zapadnie za chwilę. Wszyscy obecni w sali ceremonialnej wstają. Wchodzi sędzia William Horsley Orrick. Prowadzący sprawę panny Hearst sędzia Carter zmarł niedawno na zawał serca. Sędzia Orrick, który nie był na żadnej z rozpraw i nigdy nie widział Patricii Hearst, orzeka tylko w oparciu o akta sprawy. Orrick wcześniej sprawdził się jako dyrektor i menedżer opery w San Francisco, słynie z energii i pryncypialności.

Prokurator James Browning jr w końcowym wystąpieniu podtrzymuje zarzut dobrowolnego uczestnictwa porwanej w przestępczej SLA. Jego zarzuty są jednak stonowane, sam przypomina, że podsądna współpracowała z władzami. Wszyscy są zaskoczeni łagodnością wyroku, jakiego żąda prokurator – tylko 6 lat!

Obrona w swym ostatnim wystąpieniu przedstawia pannę Hearst jako ofiarę od początku do końca jej 19-miesięcznej epopei i domaga się uniewinnienia. Mecenas Albert Johnson woła z emfazą: „Wysoki Sądzie! Moja przyjaciółka Pat Hearst była terroryzowana, zastraszana, brutalnie traktowana, bita pięściami i przedmiotami. Ona była poniżana, torturowana, wyszydzana. Wysoki Sądzie! Ona dostała już dosyć!”.

Sędzia Orrick ogłasza wyrok: 7 lat więzienia! Ojcu oskarżonej szczęka opada ze zdumienia i Hearst siedzi z szeroko otwartymi ustami. Zaskoczona publiczność długą chwilę milczy. Potem zrywa się dziki gwar, który cichnie, gdy sędzia przystępuje do uzasadniania wyroku. Podkreśla, że już nie uważa jej za zagrożenie dla społeczeństwa, ale nie będzie też traktował jej jako skrzywdzonej młodocianej: „Równość prawa musi być szanowana. Odpowiednia długość kary więzienia musi być zastosowana jako odstraszenie dla innych i jako kara dla pani. Mniejsza kara pomniejszyłaby wagę pani przestępstwa”.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.