29 czerwca 1936 odbyła się nazywana dziś przez historyków Manifestacja Chłopska w Nowosielcach. Wydarzenia te przybliża nam W. Kalicki:

We wsi Nowosielce w powiecie przeworskim tuż po północy ruch taki jak rankiem w dniu jarmarku. Szosą z Przeworska maszerują na przemian oddziały wojskowe i zwarte kolumny odświętnie odzianych chłopów – większość pieszo, część na furmankach, na rowerach, konno. Jest już dobrze po północy, gdy sołtys Nowosielec Karol Zmora poleca rozstawić chłopską straż porządkową. Pięć tysięcy chłopów z zielonymi opaskami i znaczkami staje w ciemnościach gigantycznym szpalerem po obu stronach gościńca z Przeworska do Nowosielec. Nad ranem porządkowi meldują sołtysowi Zmorze, że przybyło już ponad 50 tys. chłopów, w tym kilka tysięcy konno. W sadach wzdłuż gościńca obozują jeszcze tysiące chłopów i ich rodzin, które przybyły wczoraj z daleka.

Polscy chłopi przybyli do Nowosielec na manifestację w rocznicę wyczynu wójta Nowosielec Michała Pyrza, który od 9 do 11 czerwca 1624 roku skutecznie dowodził obroną wsi i kościoła przed tatarską hordą twórcy chanatu nogajskiego bejlerbeja Kantymira Murzy. Dla upamiętnienia tamtej chłopskiej wiktorii syn nowosieleckiego nauczyciela Tadeusz Opioła zorganizował usypanie kopca Michała Pyrza. Mieszkańcy Nowosielec i okolicznych wsi zwieźli nań ponad 2 tys. wozów ziemi. Dziś kopiec będzie uroczyście poświęcony.

Chłopskie święto ma zaszczycić swą obecnością, połączoną z wielką wojskową paradą, generalny inspektor sił zbrojnych gen. Edward Śmigły-Rydz. Skutecznie walczący o poszerzenie zakresu swej władzy wewnątrz obozu sanacyjnego Śmigły-Rydz, za radą swego głównego doradcy politycznego posła Wojciecha Stpiczyńskiego, postanowił wykorzystać ludową manifestację w Nowosielcach do przeciągnięcia chłopów na swą stronę.

To posunięcie efektowne, ale amatorskie. Chłopi są wściekli za represje władzy wobec czołowych działaczy ludowych, zaś ani Stpiczyński, ani sam Śmigły-Rydz nie poczynili przed wiecem żadnych wstępnych uzgodnień politycznych z ludowcami.

5 km od Nowosielec, we wsi Grzęska, także w ciemnościach nocy, zbiera się ponad 150 tys. uczestników politycznego wiecu zorganizowanego przez działaczy SL. Rankiem na wysoką trybunę zbitą z bali i desek wspinają się jeden z głównych organizatorów dzisiejszej manifestacji, prezes Stronnictwa Ludowego w Małopolsce i na Śląsku Bruno Gruszka, prof. Stanisław Kot i Eugeniusz Bielenin z Zarządu Okręgowego SL, były kapelan II Brygady Legionów, działacz ruchu ludowego ks. płk Józef Panaś oraz kilku działaczy powiatowych. Ks. Panaś niesie pod pachą urnę z ziemią z pobojowiska spod Bukaczowiec, gdzie w roku 1624 Stanisław Koniecpolski w ciężkiej bitwie rozbił liczniejsze wojska Kantymira Murzy. Z wysokości trybuny działacze z dumą spoglądają na morze głów ich zwolenników. Ale ci są niecierpliwi. Krzyczą: „Zaczynać! Zaczynać!”.

Takiego chłopskiego wiecu jeszcze w odrodzonej Polsce nie było. Przemawia Bruno Gruszka:

 „Przybyliście tu, aby upomnieć się o prawa chłopskie, jakie wam się należą! […] Zeszliśmy się z okazji oddania hołdu chłopu wójtowi, hołdu krwi polskiej, przelanej za polską sprawę, przelanej z własnej woli, gdy chłop w Polsce nie miał żadnych praw. Krwi przelanej na równi ze szlachtą, posiadającą wszystko w swoim ręku, która następnie kraj zaprzepaściła. Jeżeliśmy te śluby z polską ziemią, z państwem już wtedy zawarli, to my, w chwili gdy generalny inspektor armii Rydz-Śmigły wzywa do apelu całe społeczeństwo dla obrony państwa, byliśmy na to od dawna gotowi!”.

Dalej Gruszka zapowiada, że chłop nie będzie szczędził krwi dla ojczyzny, ale pod jednym warunkiem: „Muszą nam być przywrócone wszystkie prawa, któreśmy utracili w ostatnim dziesiątku lat!”. Przemówienie kwituje entuzjastyczny krzyk ogromnych tłumów.

Teraz pora na uchwalenie rezolucji. Zaczyna się ona od stwierdzenia, iż „zebrani na polach Grzęski w dniu 29 czerwca 1936 roku w liczbie 150 tysięcy członkowie Stronnictwa Ludowego stwierdzają, że nie opuszczą ani nie wyprą się emigrantów politycznych: Wincentego Witosa, Władysława Kiernika i Kazimierza Bagińskiego, którzy cierpią nie za swoje czyny osobiste, lecz za działalność stronnictw, które współdziałały pod hasłem »Obrony prawa i wolności«”.

Dalej chłopi żądają demokratycznej konstytucji, zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu i Senatu, rozwiązania, jako kompletnie skompromitowanych, obu izb parlamentu, a także wszystkich ciał samorządowych i przeprowadzenia niezwłocznie nowych wyborów, przytemperowania samowoli administracji i odpolitycznienia wymiaru sprawiedliwości.

To prawdziwy policzek dla rządzącego obozu sanacji. Las rąk i głuchy, jednostajny krzyk poparcia nie pozostawiają wątpliwości co do nastrojów polskich chłopów.

Gdy w Grzęsce zaczyna się gigantyczny wiec, w Nowosielcach chłopi kończą wznosić przed wjazdem do wsi bramę powitalną. Drewnianą konstrukcję oplatają zielenią, ozdabiają legionowymi orłami, obwieszają biało-czerwonymi flagami. Bramę wieńczy napis „Witaj nam Naczelny Wodzu”. Po jednej stronie bramy stoi chłopska banderia konna, po drugiej – szwadron strzelców konnych.

Generał Edward Śmigły-Rydz wysiada ze służbowej limuzyny przed bramą. Sprawia świetne wrażenie: szczupły, elegancki, pełen energii. Towarzyszą mu dowódca legionowej kawalerii, dziś lwowski wojewoda Władysław Belina-Prażmowski i gen. Wacław Wieczorkiewicz. Wokół nieogarnione morze głów. Gościa wita sołtys Zmora i wręcza na tacy bochen czarnego chleba oraz sól. Śmigły-Rydz całuje bochen, rozgląda się. Nie bardzo wie, co ma dalej robić. Podbiega adiutant, odbiera tacę.

Generał uśmiecha się: „Ten chleb będziemy jedli w Warszawie”.

Wójt zaprasza Śmigłego-Rydza do chłopskiego wozu, umajonego świeżymi gałązkami, wymoszczonego sianem. Generalny inspektor sadowi się w sianie, ramię w ramię z najstarszym mieszkańcem gminy 92-letnim Adamem Wąsaczem. Miejscowy woźnica zacina czwórkę wybranych we wsi siwych koni i wóz pomyka jarem, w otoczeniu chłopskiej banderii konnej, w stronę wzniesionego na błoniach ołtarza polowego. Po drodze mija ogromny, 150-tysięczny pochód, zmierzający z wiecu w Grzęsce na nowosieleckie błonia. Idącym w pełnym słońcu chłopom towarzyszy ponad 3 tys. motocyklistów. Wrażenie – imponujące.

Gdy umajony wóz z gen. Śmigłym-Rydzem mija maszerujących chłopów, tylko z rzadka zrywają się okrzyki na cześć generalnego inspektora sił zbrojnych.

O 9.30 pod ołtarz dociera biskup przemyski ks. Barda. Pod ołtarzem gen. Śmigły-Rydz odbiera raport od dowódców jednostek wojskowych. Potem podchodzi doń Bruno Gruszka.

 „Witam pana, panie generale, na terenie mojego okręgu!” – mówi hardo.

O jedenastej, po przeglądzie oddziałów wojskowych, rozpoczyna się msza celebrowana przez bpa Bardę. Śmigły-Rydz siedzi na krześle w pierwszym rzędzie, ale częściej niż na ozdobiony prostym brzozowym żołnierskim krzyżem ołtarz i kapłana zerka na nieogarnione tłumy na błoniach, na wielokilometrową, poczwórną kolumnę chłopstwa ciągle idącego z Grząski.

Po mszy Śmigły-Rydz odjeżdża na chłopskim wozie w stronę sporego, 9-metrowej wysokości kopca ku czci bohaterskiego Michała Pyrza usypanego przez 14 tys. ochotników w pobliżu miejscowego kościoła. Tłum przerywa kordon żandarmerii, chłopi wygrażają generalnemu inspektorowi sił zbrojnych pięściami, krzyczą: „Niech Witos wróci! Żądamy amnestii dla więźniów brzeskich!”. Śmigły-Rydz zachowuje kamienną twarz, ale jest wyraźnie poirytowany. Jadący w limuzynach za jego wozem generałowie i pułkownicy wołają do rozgorączkowanych chłopów: „No, dajcie spokój, dajcie spokój, wróci!”.

Bp Barda z wysiłkiem wspina się na kopiec, kropi głaz pamiątkowy na jego szczycie. Teraz gen. Śmigły-Rydz w asyście dwóch oficerów wchodzi na szczyt i składa wieniec z szarfami o barwach wstążki Krzyża Virtuti Militari. Generalny inspektor armii bierze od ks. Panasia urnę z ziemią z pola zwycięskiej bitwy Koniecpolskiego z Tatarami Kantymira i rozsypuje ją na szczycie kopca. Armaty oddają salut 21 salw. Nie milknie jeszcze ostatnia z nich, gdy Śmigły-Rydz pojawia się w asyście gen. Beliny-Prażmowskiego i bpa Bardy na polowej trybunie obok kopca.

Grają orkiestry wojskowe, rusza parada oddziałów wojska. Nad kopcem przelatują eskadry myśliwców i bombowców. Do parady szykują się chłopi. Prof. Kot uwija się pośród pocztów sztandarowych, surowo napomina, jakie okrzyki wolno wznosić.

Idą. I rzeczywiście, pierwsze grupy wołają: „Niech żyje Najjaśniejsza Rzeczpospolita Polska! Niech żyje Armia Polska!”. Ale im dłużej chłopi maszerują, tym więcej okrzyków: „Niech żyje Witos! Niech żyje rząd ludowy!”.

Jakby tego było mało, nagle pochód zatrzymuje się i na trybunę wchodzi delegacja ruchu ludowego, z Bruno Gruszką na czele, i wręcza uchwaloną rano w Grząsce rezolucję. Gen. Śmigły-Rydz z kamienną twarzą przyjmuje jej tekst i odpowiada: „Dobrze, dziękuję”. Po czym zaprasza na trybunę posła Gruszkę.

Pochód rusza. Okrzyków na cześć Witosa, z żądaniem amnestii dla więźniów brzeskich i nowych wyborów, jest coraz więcej. W końcu Śmigły-Rydz nie wytrzymuje tego, bez słowa schodzi z trybuny wsiada do samochodu i odjeżdża.

Na trybunie Bruno Gruszka do późnego popołudnia, niczym zwycięski wódz, odbiera chłopską defiladę.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

21 czerwca 1982 roku został uniewinniony i uznany za niepoczytalnego John Hinckley, zamachowiec, który usiłował zastrzelić prezydenta Stanów Zjednoczonych Ronalda Reagana. Oto opis historii poczyniony przez W. Kalickiego:

Poniedziałek, ranek. 12 przysięgłych budzi się w oddanych do ich dyspozycji pokojach w gmachu sądu w Waszyngtonie. Siedem kobiet i pięciu mężczyzn. Woźny, pracownik kafeterii, garażowy, pracownica Pentagonu, hotelowy asystent bankietowy – wszyscy, prócz jednego, czarni. To już czwarty dzień ich narad w odosobnieniu, podczas których usiłują ustalić winę człowieka, który próbował zamordować prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Cała dwunastka jest rozdrażniona, w złym humorze. Przysięgli czują, że problem, jaki mają rozstrzygnąć, przerasta ich. Na domiar złego prowadzący rozprawę sędzia Barrington D. Parker, chcąc zmusić ich do efektywnej pracy, zakazał im ukochanej rozrywki – gapienia się w ekran telewizora.

Po śniadaniu spotykają się w oddanej do ich dyspozycji niewielkiej sali rozpraw. Wylosowany na pierwszej naradzie przewodniczący ławy Roy Jackson, emerytowany woźny (jako jedyny miał kapelusz, więc karteczki ciągnięto z jego kapelusza), rezygnuje. Na swego przewodniczącego przysięgli wybierają teraz Lawrence’a Coffeya, asystenta bankietowego. I znów, jak wczoraj, jak przedwczoraj, jak przed dwoma dniami, muszą zmierzyć się z pytaniem, czy prezydenta chciał zabić z premedytacją opanowany morderca, czy zamachu dokonał osobnik niepoczytalny.

30 marca zeszłego roku młody, otyły mężczyzna koło południa wrócił ze śniadania do pokoju w hotelu przy Osiemnastej Ulicy w Waszyngtonie. O 12.45 zasiadł do pisania listu na poliniowanej kartce papieru: „Droga Jodie. Jest bardzo prawdopodobne, że zostanę zabity w zamachu na Reagana”. Po kwadransie napisał ostatnie zdania: „Jodie, proszę Cię, abyś wejrzała w swoje serce i abyś w końcu dała mi szansę zyskania przez ten mój historyczny czyn twojego szacunku i miłości. Kocham Cię na zawsze”. I podpis: „John Hinckley”.

Mężczyzna zakleił list w kopercie i zaadresował ją do Jodie Foster, 18-letniej studentki pierwszego roku uniwersytetu Yale i zarazem aktorki, która przed pięciu laty zagrała młodocianą prostytutkę w filmie Martina Scorsese Taksówkarz. Hinckley, który nigdy nie spotkał osobiście Foster, po wielokrotnym obejrzeniu filmu popadł na jej tle w patologiczną obsesję. Główny bohater, grany przez Roberta De Niro, tytułowy nowojorski taksówkarz, zanim zdobył uczucie nastoletniej prostytutki, usiłował w filmie dokonać zamachu na senatora. Hinckley uznał, że zabicie prawdziwego prezydenta to niezły wstęp do zainteresowania swoją osobą realnej Jodie Foster.

List do Foster pozostawił Hinckley w pokoju hotelowym. Poszedł piechotą do hotelu Hilton, w którym wybrany przed 70 dniami prezydent Ronald Reagan miał uroczyste spotkanie z 3500 przedstawicielami związków zawodowych. W przemówieniu na tym mityngu Reagan zauważył: „Gwałtowne przestępstwa wzrosły o 10 proc., czyniąc sąsiednie ulice niebezpiecznymi”. Przed wejściem dla VIP-ów do Hiltona spacerował w tym momencie, w brązowym płaszczu przeciwdeszczowym, John Hinckley. Nie rzucał się w oczy w tłumie reporterów stacji telewizyjnych z kamerami, spóźnionych, niewpuszczonych do hotelu związkowców oraz gapiów kłębiących się za plastikową taśmą, którą ochrona wytyczyła drogę od drzwi Hiltona do miejsca zaparkowania prezydenckiego, opancerzonego lincolna. Po spotkaniu ze związkowcami Reagan wyszedł wejściem dla VIP-ów, podszedł do lincolna, odwrócił się i pomachał ręką do reporterów. W tym momencie Hinckley wyjął kupiony wcześniej w lombardzie za 47 dolarów małokalibrowy rewolwer Saturday Night Special załadowany pociskami eksplodującymi Devastator i szybko wystrzelił sześć razy. Jeden z pocisków przeszył lewe płuco prezydenta, niebezpiecznie blisko serca. Inny trafił w głowę sekretarza prasowego Białego Domu Jamesa Brady’ego. Agent służb specjalnych Timothy McCarthy w chwili gdy zasłonił prezydenta, otrzymał postrzał w brzuch. Policjant Delahanty dostał ciężki postrzał w szyję.

Po dłuższej bijatyce agenci ochrony ujęli Hinckleya. Wszyscy czterej postrzeleni przeżyli. James Brady, z ciężkimi uszkodzeniami mózgu, stał się bezwładnym kaleką.

Hinckley strzelał do prezydenta przed włączonymi kamerami telewizyjnymi, na oczach 125 mln Amerykanów. Procesem zamachowca pasjonuje się dosłownie cała Ameryka. Ojciec Johna Hinckleya, milioner naftowy z Colorado, w zeszłym roku, kilka tygodni przed zamachem na prezydenta, wyrzucił syna darmozjada z domu, ale w czasie procesu sfinansował najlepszych adwokatów. Obrona od początku starała się doprowadzić do uznania zamachowca za niepoczytalnego.

W wielu stanach USA to obrona musi udowodnić, że podsądny był niepoczytalny. Ale w sprawach federalnych ciężar dowodu, że oskarżony był poczytalny w chwili popełnienia zbrodni, spoczywa na oskarżeniu. Sędzia Parker, chcąc utrudnić obronie apelacje w kwestii formalnej, przychylił się w procesie Hinckleya do rygorystycznej wykładni – to prokuratorzy musieli dowieść, że w chwili oddania strzałów był w pełni władz umysłowych.

Długi, wyczerpujący dla stron proces, który kosztował podatników 2,5 mln dolarów, wcale nie ułatwił rozstrzygnięcia tej kwestii przez 12 przysięgłych. Eksperci z tytułami uniwersyteckimi, wzywani przez obronę i oskarżenie, wydawali całkowicie sprzeczne opinie.

Przez ostatnie trzy dni zamknięci w odosobnieniu przysięgli usiłowali, tak jak potrafili, na zdrowy rozum, ocenić stan umysłu Hinckleya.

Dla woźnej na American University, 42-letniej Glynis Lassiter, fakt, że Hinckley krótko przed zamachem poleciał za ciężkie pieniądze samolotem na drugi koniec Stanów po to tylko, by powałęsać się bez celu przez jeden dzień i wrócić – też samolotem – był niepodważalnym dowodem, że to wariat. Starsza o osiem lat przysięgła Meryland Copelin uważała jednak, że jeśli stać kogoś na kupienie biletu lotniczego bez wyraźnego powodu, nie znaczy to, że zwariował. Pracownica firmy energetycznej Natalia Brown przekonywała innych przysięgłych, że człowiek, który dał radę dojechać do Waszyngtonu, zameldować się samodzielnie w hotelu i jeszcze celnie strzelić parę razy, musi być zdrów na umyśle.

Sporym problemem dla przysięgłych była poetycka twórczość Johna Hinckleya. A zwłaszcza wiersz napisany przezeń krótko przed zamachem:

 „Męczennik we mnie grał gry

A ja byłem młodym, wyalienowanym samotnikiem

[…] stałem się tym, czym chciałem

By być cały czas psychopatycznym poetą”.

Przysięgły George Blyther jako pierwszy zauważył: „Czy poczytalna osoba mogła to napisać? To przecież jasne, że coś jest z Hinckleyem nie tak!”. Ale Belinda Drake, sekretarka w Pentagonie, nie była tego tak pewna: „Ten człowiek jest pisarzem, a pisarze są dziwni”. Przysięgli pomni, że podczas rozprawy oskarżyciel Roger Adelman, zakłopotany treścią poetyckiego wynurzenia Hinckleya, przekonywał ławę, iż poezja ze swej natury jest fikcją, poprosili o słownik, by sprawdzić definicje poezji i fikcji. Ale rozeźlony ich bezproduktywnym gadulstwem sędzia Parker odmówił dostarczenia słownika.

Tak minęły trzy dni narad. Zmęczeni, poirytowani przysięgli jeden po drugim uznawali, że jedynym wyjściem z sytuacji, w jakiej się znaleźli, jest uznanie Hinckleya za niepoczytalnego.

Dziś świeżo wybrany nowy przewodniczący ławy przysięgłych Roy Jackson przechodzi do obozu zwolenników niepoczytalności oskarżonego. Już tylko panie Copelin i Brown twardo obstają przy zdrowiu psychicznym, zatem i winie, zamachowca. Późnym popołudniem, po wielu godzinach sporów, znużona Copelin ulega naciskom: „OK, jest niepoczytalny i niewinny”. Natalia Brown broni swego zdania jeszcze przez 10 minut. W końcu podnosi ramiona w geście kapitulacji i krzyczy: „Do diabła z tym!”.

Coffey zarządza przerwę na kolację. Dziś – żeberka z grilla. Coffey pożera ze smakiem kolejne porcje. Brown z nerwów nie może przełknąć nawet kęsa. Ktoś modli się.

O 19.54 w sali rozpraw nr 19 sędzia Barrington D. Parker rozpoczyna odczytywanie werdyktu przysięgłych odnośnie do 13 zarzutów stawianych Hinckleyowi. Oskarżony, w beżowym garniturze i brązowym krawacie, stoi na środku sali. Kołysze się na obcasach, twarz ma pustą, nieobecną.

Sędzia czyta: „Co do pierwszego zarzutu – niewinny z powodu niepoczytalności”.

Na galerii liczni słuchacze jęczą i syczą z zaskoczenia.

Sędzia czyta dalej: „Co do zarzutu piątego – niewinny z powodu niepoczytalności [to dotyczy postrzelenia w brzuch agenta Timothy’ego MacCarthy’ego] […] co do zarzutu siódmego – niewinny z powodu niepoczytalności… [to o postrzeleniu w głowę sekretarza Jamesa Brady’ego]…”.

Gdy sędzia odczytuje uniewinnienie z ostatniego, 13. zarzutu, sala wrze z oburzenia. Obrońcy uśmiechają się szeroko. Matka oskarżonego Jo Ann Hinckley płacze z radości. Po chwili obejmuje męża i radośnie uśmiecha się. Sam John Hinckley słucha werdyktu z obojętną miną. Sala huczy od okrzyków protestu. Zirytowany sędzia Parker woła do szeryfa: „Jeśli nie potrafi pan utrzymać porządku, to niech pan znajdzie kogoś, kto to potrafi!”. Strażnicy wyprowadzają Hinckleya. Przysięgli po raz ostatni wychodzą do swojej sali obrad. Kilkoro z nich płacze.

Zszokowany Biały Dom odmawia komentarza. Ameryka nie jest w stanie pojąć, jak można uniewinnić człowieka, który chciał zabić jej prezydenta.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

14 czerwca 1956 powrót Stanisława Cata-Mackiewicza do Polski w opisie W. Kalickiego:

Wiceprezes Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich Jerzy Putrament zamiast jak zwykle ostatnio wypłynąć rankiem łódką na szczupaka, nagle musi pakować się i jechać z leśniczówki Pranie do Warszawy. Właśnie przyjechał po niego samochód ZLP z wiadomością, że Stanisław Mackiewicz „Cat” nieoczekiwanie przyspieszył powrót z Londynu do Polski.

Putrament ma swój sekretny udział w tym powrocie. Jego zwierzchnicy z KC PZPR chcą, by osobiście powitał Mackiewicza na lotnisku.

Dla niewtajemniczonych przylot Mackiewicza do komunistycznej Polski to wielkie zaskoczenie, choć nic już nie powinno dziwić po ucieczce w maju zeszłego roku, do Warszawy, Hugona Hankego, premiera emigracyjnego rządu RP, zresztą następcy Mackiewicza na tym stanowisku.

Stanisław Mackiewicz nigdy nie skrywał swej wrogości do komunizmu. Pochodził z ziemiańskiej rodziny, podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1919 i 1920 roku wstąpił ochotniczo do partyzanckiego oddziału kawalerii Samoobrony Ziemi Wileńskiej mjr. Władysława Dąbrowskiego, który śmiałymi, dalekimi rajdami budził popłoch w bolszewickich szeregach. W 1922 roku 26-letni Mackiewicz brał udział w zakładaniu w Wilnie dziennika „Słowo”, gazety konserwatywnej, finansowanej przez kresowe ziemiaństwo. Od pierwszego numeru został jej naczelnym. Wybitny, niezależny, analityczny umysł, błyskotliwy erudyta, świetny stylista, znawca historii Francji i Rosji – dzięki tym cechom uczynił z prowincjonalnego pisemka wileńskich „żubrów” dziennik czytany przez elity całej Polski. Każdy szanujący się przedwojenny intelektualista sięgał po jego komentarze w „Słowie” podpisywane wziętym z kart Rudyarda Kiplinga pseudonimem „Cat”, mającym symbolizować jego intelektualną niezależność i chodzenie własnymi drogami. Także redaktorem był znakomitym – w „Słowie” stworzył dla młodych literatów dodatek „Żagary” (co na Wileńszczyźnie oznaczało chrust zbierany na podpałkę), w którym debiutowali Czesław Miłosz, Jerzy Zagórski, Ksawery Pruszyński, Karol Zbyszewski.

W 1931 roku odbył podróż po ZSRR. Po powrocie napisał książkę publicystyczną Myśl w obcęgach, bezlitośnie obnażającą sowieckie mity i krytykującą realia bolszewickiego państwa.

Choć uważał się za monarchistę – a może właśnie dlatego – podczas zamachu majowego poparł Piłsudskiego, a potem doprowadził do głośnego spotkania Marszałka z arystokracją w Nieświeżu. Dwa razy piastował mandat poselski z ramienia sanacyjnego BBWR, ale po śmierci Marszałka krytykował sanacyjne władze. W 1939 roku za krytykę polityki obronnej Becka trafił na 17 dni do obozu w Berezie Kartuskiej.

Na wojennej emigracji we Francji był członkiem Rady Narodowej, w Londynie zwalczał Władysława Sikorskiego i Stanisława Mikołajczyka. W latach 1954–1955 był premierem emigracyjnego rządu. Zaraz po wojnie, skłócony niemal ze wszystkimi, cierpiący niedostatek, wręcz biedę, skłonny był wracać do komunistycznej Polski. Już w 1947 roku rozmawiał o powrocie z Jerzym Borejszą, który sondował w tej sprawie wybitnych twórców emigracji. Wieści o tych spotkaniach skompromitowały w polskim Londynie „Cata”, ale nie zniechęciły do rozmów z komunistycznymi dygnitarzami i agentami bezpieki o powrocie. Jeszcze w 1947 roku spotkał się w Paryżu z ambasadorem Warszawy Jerzym Putramentem, potem kontaktował się z Bernardem Singerem, londyńskim dziennikarzem i zarazem agentem MBP „Rex”, oraz z konsulem Warszawy w Londynie – i rezydentem komunistycznego wywiadu – Marcelem Reichem-Ranickim. Od roku, z własnej inicjatywy, znów kontaktował się z Putramentem i agentem wywiadu Jerzym Klingerem „Oskarem”. Mackiewicz opowiadał im o kulisach życia emigracji, brał gotówkę jako pożyczki i zaliczki na wydanie broszury potępiającej agenturalne związki uchodźczych radykałów z amerykańskim wywiadem, ale stanowczo odmówił pisania raportów. Kapryśny, nerwowy, długo nie potrafił się dogadać z mocodawcami swych rozmówców – gdy on chciał jechać do Warszawy, oni go wstrzymywali, gdy znów oni ponaglali do wyjazdu, on hamletyzował. Stracił wiarę w Zachód, w sens emigracji, ale wracać zawsze chciał na swoich warunkach. Upierał się, że zjawi się bez deklaracji lojalności dla komunistycznej władzy, a w kraju pozostanie niezależnym pisarzem.

Na krajowego czytelnika i na krajowe honoraria od dawna bardzo liczy.

Gdy przed paru dniami „Cat” ogłosił w londyńskim „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza”, że wraca do kraju, emigracyjny publicysta Tadeusz Żenczykowski wszczął wobec niego postępowanie upadłościowe – „Cat” dotąd nie zapłacił ogromnej sumy 4 tys. funtów odszkodowania za zniesławienie przed laty Żenczykowskiego. Gdyby został uznany za bankruta, nie mógłby opuścić Wielkiej Brytanii.

 „Cat” gwałtownie przyspieszył wyjazd. Na lotnisko odprowadzali go peerelowski konsul i wynajęty przezeń adwokat.

Samolot LOT-u z Mackiewiczem na pokładzie ma lądować w Warszawie wczesnym popołudniem. Samochód z Putramentem pędzi z Prania na złamanie karku i zajeżdża na Okęcie przed lądowaniem. Władze starannie wyreżyserowały przybycie byłego premiera emigracyjnego rządu. Zamiast w hali przylotów powitanie odbędzie się na płycie lotniska, jak w przypadku głów państw albo bardzo znanych artystów. Na płytę wpuszczone mają być bliska rodzina „Cata”, polscy i zagraniczni dziennikarze, kilku urzędników z przedstawicielem pełnomocnika rządu PRL ds. repatriacji.

Putrament przyjechał o czasie, ale samolot wystartował z Londynu ze sporym opóźnieniem. Mija godzina, druga, trzecia. Jest bardzo ciepło. Rodzina, dziennikarze, oficjele i spory tłumek dawnych przyjaciół, znajomych oraz wielbicieli Mackiewicza są coraz bardziej zmęczeni czekaniem.

Wreszcie wczesnym wieczorem nadlatuje douglas DC-3 z Londynu. Po wylądowaniu i wyłączeniu silników obsługa lotniskowa podtacza pod drzwi wąskie ośmiostopniowe metalowe schodki. Szybkim krokiem podchodzą do nich żona „Cata” Wanda i ich dwie córki. 35-letnia Barbara Rzepecka, były żołnierz AK na Wileńszczyźnie, do 1948 roku więziona w sowieckich łagrach w republice Komi, przyszła z nastoletnim synem Ryszardem. Młodszej córce „Cata” Aleksandrze Niemczykowej towarzyszy jej siedmioletnia córka Teresa. Są też siostra „Cata” Seweryna z Mackiewiczów Orłosiowa i jej 21-letni syn Kazimierz Orłoś, student pierwszego roku prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Za nimi tłoczą się dziennikarze i znajomi sławnego reemigranta.

Stewardesy otwierają drzwi i jako pierwszy ukazuje się w nich „Cat”. Ubrany jest zaskakująco, jak na niemal upalny polski czerwiec: ma na sobie ciemny garnitur z kamizelką, gruby, ciemny, mocno podniszczony płaszcz i nieco jaśniejszy, solidny zimowy kapelusz. Dość otyłą twarz ma mocno zaczerwienioną, lekko posapuje. Nawet z odległości paru metrów widać, ze jest zarazem wzruszony i mocno podenerwowany.

W prawej ręce trzyma walizeczkę z maszyną do pisania. Jest w tym zarazem troska o swoje narzędzie pracy, ale i polityczna ostentacja – oto przybywa z emigracji nie przegrany polityk, premier, ale pisarz, który bynajmniej nie ma zamiaru zamilknąć. „Cat” z uśmiechem, powoli, posapując, schodzi na płytę lotniska. Pozostali pasażerowie taktownie pozostają w samolocie; ta chwila jest tylko dla niego. Ledwie staje na ziemi, wnuczka Tereska, w jasnej, letniej sukience i białej kokardzie wplecionej w upięte wysoko warkocze, wręcza mu bukiet dziewięciu czerwonych goździków. Obok niej stoi wnuk Ryszard w białej koszuli z krótkim rękawem.

 „Cat” ściska się z najbliższymi.

 – Dlaczego wróciłeś? – pyta go, ot tak, po prostu, córka Aleksandra, nieprzejednanie, podobnie jak jej starsza siostra, wroga komunistom.

 – Dla zademonstrowania, że emigranci na żadne dotrzymanie umów przez aliantów albo pomoc w innej formie z ich strony nie mogą liczyć – odpowiada „Cat”, który czuje, że żaden motyw osobisty jej nie przekona.

Przez zwarty krąg rodziny przeciskają się dziennikarze i otaczają półkolem Mackiewicza. Z tyłu pośpiesznie przepycha się Putrament. Michał Sumiński, reporter rozgłośni radiowej Kraj, powołanej przed rokiem i kierowanej przez zaufanego politruka Wiktora Grosza, której celem jest zachęcanie wojennej emigracji na Zachodzie do powrotu nad Wisłę, podsuwa mikrofon pod nos „Cata”. Mackiewicz składa oświadczenie:

 – Jestem niesłychanie wzruszony, stojąc na ziemi polskiej. Reprezentowałem zawsze kierunek polityczny, który był odwrotny temu, jaki reprezentuje dziś rząd obecnej Polski. W tym, że jestem tu tak uprzejmie witany, widzę, że Polska nie dzieli się na zwyciężonych i zwycięzców, a tylko na Polaków.

Stylistyka tej deklaracji nie jest zbyt fortunna, ale chodzi przecież tylko o sens polityczny.

Jeszcze kilka pytań dziennikarzy, dość zdawkowych, bo nazajutrz rano ma się odbyć konferencja prasowa Mackiewicza, jeszcze tylko uściski dłoni z przyjaciółmi z dawnych lat, i do akcji wkracza Putrament. Proponuje odwiezienie Mackiewicza tam, gdzie sobie życzy. „Cat” nie zważa na ledwie skrywane niezadowolenie żony i córek, które komunistycznego dygnitarza szczerze nie cierpią i wolałyby zabrać Mackiewicza zamówioną taksówką. Cała rodzina spotyka się w malutkim, jednopokojowym, ocienionym starymi drzewami za oknem, mieszkaniu Aleksandry przy ul. Raszyńskiej. Na stole czekają zrobione przez panią Wandę i córkę kołduny, rozkosz dla podniebienia Mackiewicza, smakosza i maniakalnego miłośnika litewskiej kuchni. Teraz czas na skromne prezenty: lalkę dla wnuczki, drobiazgi dla wnuka, butelkę wina. Skromne, bo też i sytuacja materialna opuszczającego Londyn „Cata” była rozpaczliwa.

Rozmowa przy stole jest chaotyczna. Mackiewicz tłumaczy powody powrotu, opowiada londyńskie anegdoty. Trzy panie relacjonują sytuację polityczną w kraju, wspominają wspólnych znajomych.

Późnym wieczorem goście rozchodzą się. „Cat”, którego małżeństwo słabo wytrzymało próbę tylu lat rozłąki, zostaje na pierwszą po powrocie noc u córki na Raszyńskiej.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

11 czerwca 1977 roku miało miejsce krwawe stłumienie jednego większych ataków terrorystycznych w Europie. Terrorystami byli obywatele indonezyjskiej prowincji Republiki Południowych Moluków. Ofiarami obywatele Holandii. Zresztą ofiar nie zabrakło także po stronie terrorystów. W. Kalicki przypomina nam dziś tamte wydarzenia:

Dochodzi trzecia w nocy. Ciemności i gęste mgły unoszące się z bagien spowijają żółte wagony stojącego na niewysokim nasypie pociągu osobowego. Podmokłe, porośnięte krzakami pustkowie wygląda na wymarłe, ale na bagnach otaczających tory kolejowe czają się dwa tysiące holenderskich żołnierzy w pełnym uzbrojeniu. Korzystając z mgły i ciemności, 30 komandosów Bijzondere Bijstands Eenheid, elitarnej jednostki antyterrorystycznej holenderskiej armii, powoli, ostrożnie zbliża się do unieruchomionego pociągu. Wreszcie zamierają w odległości kilkudziesięciu metrów od torów.

O 3.50 rozlega się potworny ryk. Sześć starfighterów, odrzutowych myśliwców holenderskiego lotnictwa, doleciało w pobliże pociągu niemal bezgłośnie, na minimalnym ciągu silników. Nad celem pilot pierwszej maszyny w szyku dodaje gazu i przelatuje zaledwie pięć metrów nad dachami wagonów. W nocy, we mgle to prawdziwy majstersztyk pilotażu. Tuż za pierwszą maszyną przelatuje z ogłuszającym rykiem następna. Gdy ostatni, szósty w szyku starfighter przelatuje na minimalnej wysokości nad pociągiem, pierwsza maszyna wraca nad cel i znów nadlatuje, niemal szorując podwoziem po dachach wagonów. Huk odrzutowych silników ma ogłuszyć, obezwładnić zabarykadowanych w pociągu porywaczy.

Terroryści zamknięci wraz z zakładnikami w pierwszym wagonie są członkami organizacji Vrije Zuidmolukse Jongeren (Młodzież Południowych Moluków).

Uzbrojeni członkowie VZJ to spadek po kolonialnej historii Holandii. Archipelag Wysp Korzennych, zwanych też Wyspami Moluckimi, odkryli przed pięcioma wiekami Portugalczycy, ale 100 lat później opanowali go na dobre Holendrzy. Dostarczające gałki muszkatołowej, goździków, pieprzu i innych cennych przypraw Moluki przez ponad trzy i pół wieku były perłą kolonialnego imperium Holandii. Po II wojnie światowej, po wyparciu okupantów japońskich z wysp dawnych Holenderskich Indii Wschodnich, jawajski ruch wyzwoleńczy proklamował w 1945 roku niepodległą Republikę Indonezji. Odmienni etnicznie i kulturowo mieszkańcy Moluków chcieli jednak przekształcić swe wyspy w niepodległe państwo, a nie w indonezyjską prowincję. Na domiar złego, w wojnie, jaką w 1945 i 1946 prowadziły przeciw Indonezji Wielka Brytania i Holandia, dawna kolonialna metropolia wykorzystywała żołnierzy z Moluków. W holenderskiej armii niezwykle bitni Molukańczycy pełnili taką funkcję, jak Gurkhowie w armii brytyjskiej. Walczyli w interesie Holendrów na wielkich wyspach Indonezji, daleko od swych rodzinnych Moluków, zaskarbiając sobie niechęć, czasem nienawiść rdzennych Indonezyjczyków. Po przegranej wojnie kolonialnej Holendrzy, wycofując się ze swych byłych Indii Wschodnich, oddali Molukańczykom jeszcze jedną niedźwiedzią przysługę: aby utrudnić sytuację Indonezji, w czasie kończącej wojnę konferencji okrągłego stołu w Hadze postawili warunek, że każda z 16 prowincji ma prawo do autonomii lub niepodległości.

Molukańczycy uwierzyli w tę deklarację, ale rząd indonezyjski nie zamierzał wypuszczać Moluki z rąk. W kwietniu 1950 roku Molukańczycy chwycili za broń. Indonezja krwawo stłumiła powstanie. Cztery tysiące molukańskich powstańców wyemigrowało wraz z rodzinami do Holandii. Uchodźcy zamieszkali w Westerbork, szybko zamieniając je w namiastkę państwa molukańskiego na holenderskiej ziemi. 35-tysięczna społeczność molukańska rządziła się swoimi prawami. Jej członkowie nie przyjęli obywatelstwa holenderskiego ani indonezyjskiego – pozostali bezpaństwowcami. W Westerbork utrzymywali własną służbę porządkową, modlili się we własnym Kościele protestanckim, który już w 1934 roku odłączył się od Kościoła holenderskiego.

Spokój skończył się w 1970 roku, gdy władze holenderskie zlikwidowały enklawę w Westerbork. Młodzi Molukańczycy, bojąc się, że ich rozproszona społeczność zacznie się asymilować, ruszyli do walki. Uważali, że Holandia powinna zrealizować swe zobowiązania z konferencji w Hadze i doprowadzić do powstania niepodległego państwa na Molukach.

W 1970 roku, przed wizytą prezydenta Indonezji Suharto w Holandii, grupa molukańskich terrorystów zajęła ambasadę indonezyjską w Hadze i wzięła ośmiu zakładników. Napastnicy domagali się niepodległości dla Moluków Południowych. Przed trzema laty aktywiści VZJ zorganizowali pod tym hasłem gwałtowne demonstracje uliczne swych rodaków w wielu miastach Holandii. Wiosną 1975 roku policja holenderska rozbiła molukańską konspirację, planującą uprowadzenie królowej Juliany, a jesienią tego roku siedmiu uzbrojonych terrorystów VZJ napadło na pociąg z Amsterdamu do Beilen, zaś inna ekipa Molukańczyków zajęła konsulat indonezyjski w Amsterdamie. Mimo że terroryści zamordowali dwóch zakładników, rząd holenderski nie zdecydował się ich zaatakować. W końcu Molukańczycy poddali się.

Przed trzema tygodniami, 23 maja, dziewięcioosobowa grupa terrorystów porwała lokalny pociąg elektryczny jadący do Groningen. Spośród ponad 100 podróżnych napastnicy wybrali 56 zakładników. Pociąg zatrzymali na bagiennych pustkowiach. W tym samym czasie czterech innych terrorystów VZJ opanowało szkołę w miejscowości Bovensmilde, biorąc jako zakładników 106 dzieci i 4 nauczycieli.

Wojsko i policja otoczyły pociąg i szkołę. Terroryści zażądali zwolnienia z więzień swych kolegów – w przeciwnym razie grozili zmasakrowaniem zakładników. Rząd chciał rozwiązać kryzys pokojowo, ale na wszelki wypadek w pobliżu oblężonej szkoły i porwanego pociągu pojawili się komandosi BBE, jednej z najlepszych na świecie formacji antyterrorystycznych utworzonej w Holandii po masakrze izraelskich sportowców na olimpiadzie w Monachium. Policja holenderska zdecydowała się na zagranie va banque – do żywności dla uwięzionych w szkole dzieci dodała środek wywołujący silną biegunkę. Policyjni lekarze poinformowali przestraszonych terrorystów, że rozpoczęła się epidemia bardzo niebezpiecznej grypy żołądkowej i dzieci bez hospitalizacji będą umierać. Molukańczycy zwolnili wszystkich uczniów, ale nadal więźli pasażerów w pociągu. I nadal nie chcieli słyszeć o kapitulacji.

Po trzech tygodniach oblężenia szef BBE doszedł do wniosku, że terroryści są dostatecznie znużeni i zobojętniali, by móc bezpiecznie uderzyć.

Gdy pierwszy starfighter kończy lot tuż nad dachami wagonów, z mokradeł podnosi się 30 komandosów BBE i szybkim krokiem rusza w stronę pociągu. Mają za zadanie dopaść nasypu kolejowego, zanim Molukańczycy otrząsną się z zaskoczenia. Od pociągu dzieli komandosów zaledwie 15 m, gdy któryś z terrorystów dostrzega ich z okna przedziału maszynisty. Molukańczycy otwierają do żołnierzy ogień z pistoletów maszynowych. W tym samym momencie na bagnach zapalają się dziesiątki ogników. To ukryci na mokradłach strzelcy wyborowi rozpoczynają huraganowy ostrzał pierwszego wagonu z karabinów automatycznych FN FAL. Terroryści rzucają się na podłogę.

Komandosi są już przy schodkach do wagonu, w którym przetrzymywani są zakładnicy. Jeden z atakujących wskakuje na schodki, szarpie drzwi. Bez efektu – są zamknięte od wewnątrz. Komandos błyskawicznie przylepia ładunek plastiku do drzwi, wtyka weń zapalnik, podpala króciutki lont. Ledwo odskakuje, a już wagonem wstrząsa potężna detonacja. Przez wyrwane drzwi komandosi wpadają do wagonu. Krzyczą: „Na ziemię!”. W tej samej chwili otwierają ogień pilnujący zakładników Molukańczycy. Komandosi odpowiadają ogniem z pistoletów maszynowych Uzi. Dwoje pasażerów, 19-letnia dziewczyna i 40-letni mężczyzna, zamiast paść na podłogę, wstaje z miejsc. Komandosi nie mają czasu na zadawanie pytań – w mroku nie są w stanie odróżnić porywaczy od ofiar. Seriami z uzi ścinają oboje pasażerów z nóg. Molukańczycy usiłują się bronić: ranią jednego z leżących zakładników. Huraganowy ogień Holendrów masakruje ich w mgnieniu oka.

Dokładnie w chwili gdy pierwszy starfighter przelatuje na pociągiem, w Bovensmilde 13 transporterów opancerzonych rusza na pełnym gazie na budynek szkoły. Czterej zabarykadowani w środku Molukańczycy, zmęczeni, apatyczni, nawet nie sięgają po broń, gdy transporter rozwala drzwi wejściowe. Komandosi BBE nie strzelają – leżący na podłodze terroryści bez oporu pozwalają się wyprowadzić i skuć. Czworo nauczycieli jest całych i zdrowych.

W pociągu komandosi BBE liczą straty. Żaden ze szturmujących nie jest ranny. Dwoje pasażerów, którzy nie zastosowali się do okrzyków antyterrorystów, nie żyje. Komandosi zastrzelili sześcioro porywaczy, w tym ich dowódcę, 24-letniego Maksa Papilayę, i jedyną kobietę w ich grupie – Hansinę Autosię. Z trzech pochwyconych Molukańczyków dwóch jest rannych.

Grupa uderzeniowa BBE świętuje swój tryumf. W telewizji specjalne orędzie wygłasza premier Joop den Uyl: „Jest to gorzkie zwycięstwo. Kosztowało ono życie dwojga pasażerów pociągu. Może też wzbudzić gniew czterdziestu tysięcy Molukańczyków, którzy stracili w tym starciu sześciu młodych ludzi, poległych pod sztandarem sprawy nacjonalistycznej. Ale innej możliwości nie było. Nie mogliśmy pozwolić im wyjechać za granicę, gdyż oznaczałoby to zachętę do dalszych aktów przemocy”.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.

24 maja 1977 roku – pierwszy publiczny protest głodowy w PRL w relacji W. Kalickiego:

Choć to koniec maja, jest dość chłodno. Dochodzi dwudziesta. Do kościoła św. Marcina Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża na warszawskiej Starówce nieśpiesznie schodzą się nieliczni wierni. W kościelnych ławach siedzi ok. 30 modlących się. O ósmej zacznie się spotkanie modlitewne Ruchu Odnowy w Duchu Świętym. Spotkania takie prowadzi od kilku miesięcy, w każdy wtorek, między 20.00 a 22.00, rektor kościoła św. Marcina, a zarazem kapelan warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, ks. Bronisław Dembowski. Jest cicho, trochę sennie. Tylko kilkoro siedzących pojedynczo ludzi ukradkiem lustruje wnętrze kościoła.

O 19.50 do ks. Dembowskiego podchodzi wybitny działacz warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej Bohdan Cywiński. Informuje księdza, że dziś w kościele sześć osób rozpocznie głodówkę protestacyjną. Oświadczenie, dlaczego protestują, głodujący prześlą niezwłocznie do Rady Państwa.

Protest w postaci manifestacyjnej głodówki wymyśliła przed dwoma miesiącami współpracująca z Komitetem Obrony Robotników Bogusława Blajfer-Seweryn. Uznała, że dotychczasowe formy presji opozycji na władze – m.in. pisanie listów otwartych czy urządzanie konferencji prasowych dla zachodnich korespondentów – przestały być skuteczne. Pięciu robotników skazanych za udział w zamieszkach w Ursusie i Radomiu w czerwcu zeszłego roku ciągle pozostawało w więzieniu. Władze ignorowały apele i protesty.

Działacze i sympatycy opozycji wahali się jednak. Uważali, że sprawdzonymi metodami nacisku na władze można jeszcze wiele osiągnąć.

Ale w maju sytuacja się zmieniła. Po zamordowaniu przez tzw. nieznanych sprawców krakowskiego studenta Stanisława Pyjasa opozycja zorganizowała marsz protestacyjny. Władze odpowiedziały aresztowaniami. Za kratki trafiło 10 osób, w tym Jacek Kuroń, Adam Michnik, Jan Lityński, Seweryn Blumsztajn, Antoni Macierewicz. W poczuciu beznadziei i bezradności pomysł głodówki wrócił z nową mocą. Bogusława Blajfer-Seweryn przekonała do niego Bohdana Cywińskiego. Oprócz nich na głodówkę zdecydowali się: Barbara Toruńczyk, Henryk Wujec, dominikanin Aleksander Hauke-Ligowski, student matematyki Jerzy Geresz oraz Danuta i Lucyna Chomickie, żona i siostra Czesława Chomickiego, jednego z przebywających w więzieniu robotników z Radomia.

Zatem głodować, ale gdzie? Dla wszystkich było jasne, że tylko w kościele mogą być w miarę bezpieczni, choć SB w tak wyjątkowej sytuacji może wtargnąć nawet do wnętrza świątyni. A skoro w kościele, to w św. Marcinie. Ksiądz rektor Dembowski jest nie tylko kapelanem, ale i życzliwym sympatykiem niepokornych inteligentów – i tych z KIK-u, i tych z KOR-u.

Misję uprzedzenia księdza o głodówce wziął na siebie Bohdan Cywiński. Wymagała ona niemałych talentów dyplomatycznych. Zapytanie wprost, czy wolno w kościele głodować, skończyć się musiało odpowiedzią księdza, że nie wolno. Kościół nie jest wszak miejscem przeznaczonym na takie protesty. Trzeba było księdza poinformować o decyzji rozpoczęcia głodówki w taki sposób, by gospodarza świątyni nie urazić, a jednocześnie dać mu możliwość wyrażenia zgody nie wprost, niejako pod przymusem okoliczności. Bohdan Cywiński z misji tej wywiązał się znakomicie.

Ks. Dembowski zresztą wcale nie był zaskoczony. Na początku maja przyszedł do niego wyższy oficer SB, który przedstawił się jako Karczewski. Nie był księdzu całkiem obcy – przed dwoma laty załatwiał sprawę jego paszportu. Karczewski przestrzegł księdza, że jacyś ludzie przygotowują głodówkę w jego kościele. Mimo konspiracji Służba Bezpieczeństwa od co najmniej trzech tygodni wiedziała o planach ósemki protestujących.

Podobnie jak księdza rektora, Bohdan Cywiński poinformował o planach głodówki najwyższe czynniki kościelne.

Na termin rozpoczęcia protestu konspiratorzy wybrali wtorkowe spotkanie Ruchu Odnowy w Duchu Świętym, bo dzięki niemu można było późnym wieczorem wejść niezauważonym do kościoła. Zasady głodowania ustalono zawczasu. Ostre. Żadnych soków, bo zawierają cukier, tylko woda. Nikt nie miał pojęcia, co się dzieje z organizmami głodujących. Ktoś tylko kiedyś czytał o głodówce Mahatmy Gandhiego, pamiętał, że hinduski myśliciel i polityk miał podczas niej dramatyczne momenty, ale przeżył. Przygotowująca się do protestu ósemka założyła przytomnie, że głodówka ma trwać tydzień – ani godziny krócej, ani godziny dłużej. Na wyczucie uznano, że przez tydzień nic złego nikomu się nie stanie. Ale co ważniejsze, w ten sposób uniknięto pułapki głodowania aż do spełnienia swych żądań, co w przypadku twardej władzy i zdeterminowanych głodujących niesie ryzyko śmierci.

Pozostało jeszcze tylko załatwić formalności. Henryk Wujec, szef laboratorium badania niezawodności w fabryce półprzewodników TEWA, parę dni przed zjawieniem się u św. Marcina dostał wymówienie. Dyrekcja otrzymała takie polecenie od SB. Ale Wujec, człowiek praktyczny, twardo stąpający po ziemi, nie miał zamiaru dać się wyrzucić z pracy dyscyplinarnie. W czasie wypowiedzenia wziął w TEWIE, całkiem legalnie, dziesięciodniowy urlop wypoczynkowy. A że spędzi go na głodowaniu, i to w kościele – to już jego prywatna sprawa, nie kadrowego TEWY.

Dominikanin o. Hauke-Ligowski, by uniknąć nacisków SB na władze swego zakonu, formalnie zwolnił się na tydzień z klasztoru.

O. Michał, prowincjał dominikanów, na ewentualne zarzuty esbeków w sprawie jego głodówki ma już na podorędziu trudny do odparcia argument: ścisły post dla osoby duchownej nie jest zakazany, przeciwnie nawet. A zresztą o. Hauke-Ligowski jest spokrewniony z rodziną Battenberg-Mountbatten, a więc z królem Szwecji i z brytyjskim księciem małżonkiem królowej Elżbiety i represje SB mogą skończyć się skandalem dyplomatycznym.

Służba Bezpieczeństwa wie, że głodówka będzie u św. Marcina, ale najwyraźniej nie ma pojęcia, że to już dziś wieczorem. Nie wyłapuje konspiratorów na ulicy, nie blokuje dostępu do kościoła. W środku jest szóstka protestujących; Panie Chomickie dojadą jutro rano. I to już wszyscy. Nikt z obecnych nie przypuszcza nawet, że gdy tylko wieść się rozniesie, w kościele stawi się kolejnych 6 osób.

Ks. Dembowski z kamienną twarzą wysłuchuje oświadczenia Bohdana Cywińskiego. Odpowiada, że wolałby widzieć głodówkę gdzie indziej, jednak uznaje ogólnoludzkie prawo do manifestowania swojej opinii. To trochę teatr dla zachowania pozorów, bo przecież ks. rektor jest uprzedzony i już – nie wprost, co prawda – zgodę wyraził. Ale wyraźne zaambarasowanie księdza nie jest udawane. Nikt nie wie przecież, do jakich prowokacji i represji wobec kościoła św. Marcina może posunąć się SB.

Ksiądz podchodzi do ołtarza.

Pod koniec spotkania wierni skupiają się w nawie bocznej. Dołączają do nich konspiratorzy. Ksiądz kończy dziś modlitwy wcześniej niż zwykle. Za kwadrans dziesiąta w nawie zostaje już tylko szóstka protestujących. Bohdan Cywiński po raz wtóry oświadcza, że rozpoczynają głodówkę. Dodaje, że głodujący poproszą Tadeusza Mazowieckiego, by zechciał być ich mężem zaufania i za jego pośrednictwem przekażą oświadczenie do Rady Państwa, do episkopatu, do Komitetu Obrony Robotników i do opinii publicznej.

Ksiądz znów odpowiada, że wolałby, żeby w kościele nie głodowano, ale uznaje ogólnoludzkie prawo do wyrażania opinii. Z troską patrzy na chcących głodować. Noc ma być zimna. Siostry franciszkanki donoszą ciepłe koce.

Rozpoczynający głodówkę w znakomitych humorach rozkładają posłania w narożnej kaplicy. Ksiądz Dembowski przygląda się temu krytycznie i zarządza, by kobiety spały w jednej zakrystii, a mężczyźni w drugiej. Głodować można nawet w kościele – ale przyzwoicie.

Opracowano na podstawie książki Włodzimierza Kalickiego „Zdarzyło się” wydanej w Krakowie 2014 roku przez wydawnictwo Znak Horyzont.